/p0001.djvu

			KWARTALNIK 


ISSN 1234-8600 



 Jak Polacy walczyli i jak ginęli w walkach o niepodległość 
g w dawnych wiekach i w wojnach światowych . Zagrożenia 
N nadal aktualne . Polacy na Ziemiach Wschodnich - praca 
Q i twórczość + Góry, nasze góry + O lwowskiej medycynie + 

 Poezja i proza. Słownik. Wydarzenia. Życzenia i piosenki
		

/p0002.djvu

			..., 


o 



 


	
			

/p0003.djvu

			MIASTO JAK BRYLANT... (8) 


T rudno być we Lwowie obojętnym na piękno, nie widzieć go, nie pokochać. Piękno 
stworzone przez samą naturę, która w swoim niezbadanym kaprysie rzuciła miasto 
w uroczą łagodną kotlinę, opasaną wieńcem parków i wspaniałą powagą góry Wysokie- 
go Zamku. Tam się szło dniem po szeroki oddech, a nocą po gorący pocałunek. Ile tam 
padło zaklęć miłosnych na śmierć i życie, powtarzanych zawsze szczerze, a jednak za- 
wsze ledwie przez ułamek życia trwających. 


Karol Adwentowicz, Wspominki, ok. 1960 
J edną z najjaśniejszych stron życia w obozie była "Lwowska Fala". Tak jest, ona we 
własnych osobach. Zawędrowała spod Wysokiego Zamku aż do Szkocji i teraz, zmili- 
taryzowana, umilała nam życie. Wprawdzie jej żeński odłam - Mira Grelichowska i Włada 
Majewska - tkwił na razie w Londynie, ale męskie gwiazdy "Fali" były w komplecie, a grupa 
ich namiotów z odpowiednimi napisami cieszyła się ogólną popularnościa. A ich występy! 
Któż by rok temu wyobraził sobie we Lwowie, że Szczepcio będzie kłócił się z Tońciem 
łyczakowskim narzeczem na szkockiej łące, że Budzyński, Bojczuk i inni będą podtrzy- 
mywali swym lwowskim humorem ducha żołnierzy polskich w dalekiej W. Brytanii? 
Ignacy Wieniewski, Z Francji do Szkocji, 1940 
W dniu 3 maja 1992 r. przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie wojsko 
III Rzeczypospolitej oddało hołd Poległemu Bohaterowi. Żołnierz ten zginął w obro- 
nie Lwowa i Ziemi Lwowskiej, a szczątki jego przywieziono do Warszawy z Cmentarza 
Orląt we Lwowie w 1925 r. [...] 
W czasie wspomnianych trzeciomajowych uroczystości przy Grobie Obrońcy Lwo- 
wa Pan Prezydent śpiewał "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród"... Kilkanaście dni później, 
18 maja br. - w rocznicę zdobycia Monte Cassino [...] podpisał Pan Prezydent traktat 
z Ukrainą, w którym zrzeka się praw do Lwowa i Ziemi Lwowskiej. Jak więc godzi Pan 
Prezydent ten czyn ze słowami śpiewanej wcześniej Roty? 
Jest Pan pierwszym politykiem w naszych tysiącletnich dziejach, który jako Głowa 
Państwa oficjalnie wyrzekł się praw polskiego narodu do części ojcowizny i do Najwierniej- 
szego Miasta, bez konsultacji z narodem i wbrew polskiej racji stanu. Nie chodzi tu oczy- 
wiście o odebranie siłą prawa do ich posiadania. Podobne prawa zgłosili Rumuni wobec 
Ukrainy i Japończycy wobec Rosji. Przemoc nie może być sankcjonowana i tolerowana. 
Mamy nadzieję, że kiedyś historia właściwie oceni Pańskie działanie w tej kwestii. 
List otwarty Walnego Zjazdu Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo- 
-Wschodnich (w imieniu ponad 50000 członków) do Lecha Wałęsy, 1992 
W moim odczuciu fenomen Lwowa streszcza się w tym, że potrafił on wytworzyć nie- 
zwykły klimat lokalnego patriotyzmu. A gdy jego mieszkańców skazano na wygnanie, 
stali się oni twórcami zadziwiająco pięknej legendy o mieście opuszczonym. Nie sądzę, 
żeby ta legenda była szkodliwa. Pełna wdzięku, pogody - rozjaśnia naszą cierpiętniczą 
i od strony politycznej ponurą historiografię. A w tej legendzie cmentarz Łyczakowski 
zajmuje miejsce centralne. 


Stanisław S. Nicieja, Łyczakowska Dzielnica za Styksem, 1998 


* 


* 


* 


Na tym kończymy serię przedruków z "Księgi cytatów o Lwowie - MIASTO JAK BRY- 
LANT. . . ", dziękując Autorce, p. dr Karolinie Grodziskiej, za łaskawe przyzwolenie na ich 
wykorzystanie w kolejnych ośmiu numerach CL. Przypominamy Czytelnikom, że "Księgę 
cytatów" omawialiśmy w CL 2/2008. 


Na 1. str. okładki: HOWERLA, Królowa Karpat Wschodnich, w zimie 


1
		

/p0004.djvu

			Józef Klink 


PrzysięSa na podlwowskich polach 


Na pogodny, mroźny ranek 10 listopada 
1918 r. zarządził kapitan Boruta, dowódca 
II grupy WP w Szkole Sienkiewicza przy- 
sięgę. 
Pokryte śnieżną powłoką pola przed 
Szkołą Sienkiewicza zaroiły się maszeru- 
jącymi w karnych oddziałach żołnierzykami. 
Przybyły też na przysięgę niewiasty polskie 
z p. Emilią Jędrzejowiczową, śp. Wandą 
Hermanówną i z śp. Anką Zawadzką - na 
czele. 
Starcy, siwowłosi, dojrzali mężczyźni, 
młodzież w kwiecie wieku, kobiety, studen- 
ci, dziewczątka, dzieci od dziesiątego roku 
życia począwszy, stanęli w jednym karnym 
szeregu, jedną wspólną ideą owiani i zwią- 
zani. 
Wielu między nimi - to żołnierze już 
starzy i doświadczeni po przebytych kam- 
paniach bojowych, sporo zwłaszcza legio- 
nistów, lecz niemało i takich, którym przez 
tę przysięgę, po raz pierwszy w życiu zło- 
żoną, dana była od razu możność stania 
się żołnierzem - bojownikiem Najjaśniejszej 
Rzeczypospolitej Polskiej. 
Ustawiono nas w czworobok. 
W postawie na BACZNOŚĆ! słuchamy 
raportu, który kapitanowi Borucie-Spiecho- 
wiczowi, jako dowódcy II grupy WP, składa 
osiwiały dowódca 5. odcinka obrony Lwo- 
wa w Szkole Sienkiewicza, kapitan Karol 
Baczyński. 
126 oficerów, 187 podoficerów, 1050 
szeregowców i 96 kobiet złożyć ma w tym 
dniu przysięgę w naszej grupie. 
Przemawia kapitan Boruta. W męskich, 
żołnierskich słowach, pełnych zapału i go- 
rącej miłości dla naszej Świętej, która po 
tyloletniej niewoli znowu w blasku i chwale 
zmartwychwstała.. . 
A oto godzi w nią, przy pomocy pru- 
sko-austriackich bagnetów, ludzi i pieniędzy 
- uzu rpator. 
Przysięgą stwierdzimy - powiada - że- 
śmy godni potomkowie naszych rycerskich 
przodków i nie damy nic wydrzeć z naszego 
stanu posiadania. 


2 


Zaległa na chwilę zupełna cisza, Palba 
karabinowa i od czasu do czasu - armatnia, 
grzmiąca w dali, zwiększa powagę chwili, 
czyni ją tym uroczystszą. 
Kapitan Boruta staje w szeregu przy 
swoich "kochanych chłopcach". Na rozkaz 
kapitana Baczyńskiego podniósł się las rąk 
do przysięgi! 
Donośnym, pewnym głosem, wyma- 
wiane kapitana Baczyńskiego słowa z roty 
przysięgi powtarzamy z kapitanem Borutą 
uroczyście, z głębokim przejęciem się. 
W obliczu nieprzyjaciela, u stóp murów 
Szkoły Sienkiewicza. W obliczu sześciu 
mogił, kryjących zwłoki sześciu bohaterów, 
w odległości niewielu kroków na wieczny 
spoczynek złożonych, powtarzamy polską 
żołnierską przysięgę na wierność Państwu 
Polskiemu: 


Przysięgam uroczyście, że przyjęte 
na siebie obowiązki żołnierza spełnię za- 
wsze i wszędzie z całą sumiennością, 
bez względu na trudności i przeszko- 
dy, choćby z narażeniem zdrowia i życia 
własnego. 
Nie zaniedbam niczego, żeby przyczy- 
nić się wszelkimi siłami do utrzymania 
ładu i porządku, być wzorem karności 
i posłuchu żołnierskiego, w ogóle nie za- 
niedbam nigdy niczego, aby jak najwyżej 
wznieść sztandar bojownika za wolność, 
niepodległość i całość Polski. Hasłem 
mym będzie: Bóg i Ojczyzna! 
Tak mi dopomóż Bóg! 


Józef Klink 


Powyższy tekst znależliśmy w: 
JEDNODNIÓWCE wydanej ku uczczeniu DZIE- 
SIĘCIOLECIA WALK O LWÓW 1-22 XI 1918 
przez Komitet Obywatelski Obchodu 10. Rocznicy 
Obrony Lwowa - 1-22 XI 1928. 
Redaktorzy: Stanisław Kupczyński, Stanisław 
Maykowski, Juliusz Stefan Petry
		

/p0005.djvu

			Jadwiga Czechowiczówna 
Można za Lwów umrzeć 
- nie można go stracić! 


Jak odnaleźć po świecie wśród gwałtów i zbrodni 
Drogę w Twoje uliczki pod cieniem kasztanów, 
Którą co noc mnie wiedzie sen - ślepy przewodnik 
W szczęście dawno stracone - w miasto ukochane. 


Jeśli tam będziesz kiedyś beze mnie - przede mną, 
Powtórz miastu - nim słowa na wargach zastygną, 
Że czas grzmiał ponad nami ołowianociemny, 
A dni okrutne krwawą dręczyły maligną. 


I odtąd nam zabrała bezlitosna przestrzeń 
Wały Hetmańskie, Zamek, Legionów, Sykstuską... 
Byliśmy jak te liście niesione na wietrze. 
I wszędzie było obco, wszędzie była pustka. 


I tylko noce, ciche powierniczki smutków, 
Litościwie wracały nam stare ulice. 
Znów kwitły powojami w podmiejskich ogródkach 
I tuliły w cień, znanej mrocznej kamienicy. 


Wiodły nas Stryjskim Parkiem na Zielono Oko, 
Śmiały się tramwajami na wszystkich przystankach 
I pozwalały znaleźć ślady naszych kroków 
Zagubione w dziecinnych, słonecznych porankach. 


Grała nam ślepej Mińci stara katarynka 
Na Wałach, przed narożną Wiedeńską Kawiarnią, 
A kiedy wieczór zgasił pożar szyb na Rynku, 
Szliśmy zapalać gwiazdy niebieskich latarni. 


Miasto zna nasze kroki bezgłośne i nocne, 
Błogosławiące każdą ulicę i kamień 
(Drzewa potem pachniały soczyściej i mocniej, 
Kwiaty płakały rosą za nami, nad nami...). 


Kiedy pobladły gwiazdy, zatliło się słońce, 
Wtedy snem pierzchającym i świtem spłoszeni 
Szeptaliśmy mod!itwę Cmentarza Obrońców... 
... Bo nic się nie zmieniło, nie mogło się zmienić! 


I nadal się nie zmieni, popłynie w legendę 
Krew nasza, która znowu Twą wolność zapłaci 
I wrócimy do Ciebie i znów z nami będziesz, 
Bo można za Lwów umrzeć - nie można Go stracić! 


3 


2 
V) 
5; 
o 
-ł---J 
(\j 
co 
5; 
(\j 

 
c 
(\j 
-ł---J 
V") 


(\j 

 


co 
O" 


D 
(\j 
Q 
o 
-ł---J 
.
 


<1Y 
(lJ 
D 
(\j 
-ł---J 
a 
(\j 
c 

 
(\j
		

/p0006.djvu

			Tadeusz Zajączkowski 


Dzieci 
lwowskie 


Niech Was nie zmyli ten tytuł: nie cho- 
dzi tu ani o jakąś ochronkę w Indiach, ani 
o szkółkę w Ugandzie. Dzieci Lwowskie 
- to Pułk Broni Pancernej, który tę nazwę 
przyjął dla zaznaczenia synowskiej miłości 
swych żołnierzy do starego, polskiego Lwo- 
wa, gdzie się większość ich urodziła i spę- 
dziła beztroskie dzieciństwo. 
Kiedyś, dawno już temu, w bardzo od- 
ległych stronach (dużo krwi, dużo mil dzieli 
nas od tych czasów i od tych miejsc) szły 
wyciem wichru poganiane przez zaspy 
śnieżne, przez wiugi i burany, Jóźki, Fran- 
ki i Tońki z łagrów, tiurm i posiołków, pod 
zlodowaciałe namioty Wojsko Polskie od- 
budowywać. Wtedy to nad rzeką Samarą, 
na lewym azjatyckim 
brzegu Wołgi, powstał 
batalion "Dzieci Lwow- 
skich" 
Wychudzone ob- 
dartusy, do kościotru- 
pów bardziej niż do 
żołnierzy podobne, 
rozgrzewały się pod 
pojedynczymi płachta- 
mi namiotów, śpiewa- 
jąc znane od urodzenia sztajerki, poleczki, 
piosenki o tym, że gdybym się jeszcze uro- 
dzić raz miał - to tylko we Lwowie i wiarą, 
że na przekór wszystkim złym mocom do 
swego Lwowa powrócą. 
W dalszej kolei losów "Dzieci Lwow- 
skie" razem z dywizją "Lwów", w której skład 
wchodziły, koczowały na spękanej od sło- 
necznego żaru ziemi uzbeckiej u podnóża 
Pamiru, dożywiały się własnym przemysłem 
morwą i dziką marchwią, chorowały i marły 
na tyfus, czerwonkę i malarię. 
Potem nadszedł sierpień 1942 roku 
i niezapomniana chwila, kiedy z pokładu 
"Kaganowicza" kompanie zeszły na per- 
ski brzeg. 
Ziemia szacha perskiego, o której praw- 
dę mówiąc niewiele się dotychczas wiedzia- 
ło, wydawała się istnym rajem. Za głębokimi 
wodami Kaspijskiego morza pozostała po- 
nura atmosfera rezygnacji, przymusu i bez- 
nadziejnego uganiania się za pajką chleba, 
nieobliczalna groza przypadkowości, któ- 
ra w każdej chwili mogła ucapić za kark 
wszechwładną ręką NKWD i zakończyć do- 
czesną wędrówkę ofiary krótkim okrzykiem 
sobierajsia z wieszczami! 


4 


Powietrze Persji było czyste, wolne 
i życzliwe. Ludność małego portowego mia- 
steczka Pahlevi, mieszanina Ormian, Kur- 
dów, Greków i Persów, rozpoczęła na szero- 
ką skalę akcję handlowąz przyjeżdżającymi 
oddziałami. W halach targowych, które spon- 
tanicznie powstały w krzakach, otaczających 
nasz obóz, kupowało się po rewelacyjnie 
niskich cenach pieczone kury, gotowane 
jajki, wielkie tłuste ryby, kosze soczystych 
owoców i chleb biały, jaki od lat widywaliśmy 
tylko w marzeniach sennych. 
A że przy tym kuchnia z pszonki, gli- 
niastego razowca i wody przeszła na obfite 
zaopatrzenie angielskie, wojsko oddawało 
się prawdziwej orgii obżarstwa. 
Skutki nie dały dłu- 
go na siebie czekać. 
Tłuszcze, białka i węglo- 
wodany zamieniały się 
w rekordowym tempie 
w krew, mięśnie, fan- 
tazję i humor. Z dnia 
na dzień żołnierz, wy- 
zwolony wreszcie spod 
psychicznego ucisku 
zmory niepewności 
dalszych swych losów, wyrwany ze środo- 
wiska beznadziejnej chandry, tępej rezygna- 
cji i dzikiej samowoli władców kremlowskich, 
nakarmiony do syta po latach głodowania 
- odżywał, prostował się, mężniał. 
I chociaż rosły na skraju obozu szeregi 
namiotów szpitalnych, zapełniane tymi nie- 
szczęśnikami, którzy jedynie wolą uporczy- 
wą tłumiąc nurtujące ich choroby, trzymani 
na nogach gorącym pragnieniem wyrwania 
się z mroków czeluści sowieckich, teraz na 
zbawczym brzegu bez sił padali, ogół wojska 
wyraźnie krzepł i fizycznie i psychicznie. 
"Dzieci Lwowskie", tym od innych szczę- 
śliwsze, że baon był bardzo młody, z dwu- 
dziestoparuletnich chłopaków dobrany, ob- 
jadłszy się jajkami, ryżem i baraniną, śpie- 
wały zadzierzyście na plaży granatowego 
morza: Gdybym się jeszcze urodzić raz 
miał... i nasłuchiwały, czy echo powtórzy 
odpowiedź: tylko we Lwowie... 
Aż pewnego dnia zajechały sznury wozów 
pod obóz Pahlevi i kolumny wojska ruszyły 
przez Persję, zjeżdżając serpentynami z wyso- 
kich gór - hen, w bezkresną kamienistą pu- 
stynię, na rozżarzone nielitościwym słońcem 
piaski między Tygrysem i Eufratem.
		

/p0007.djvu

			Tam stanęliśmy na długi okres reorga- 
nizacji i wyszkolenia. Tam też opuściły nas, 
na piechotę, "Dzieci Lwowskie". Przywdziały 
czarne berety, zafasowały jakieś potworne 
stalowe gruchoty i stały się Pułkiem Broni 
Pancernej. 
Odtąd widywaliśmy się rzadko. Czasami 
tylko, pławiący się we własnym pocie pie- 
chur, leżąc nago na rozgrzanym jak blacha 
kuchenna kocu i decydując się na fanta- 
styczny wysiłek sięgnięcia po nie wiadomo 
już który kubek wody z lodem, dostrzegł na 
horyzoncie poruszające się tumany kurzu. 
Hamsin cholera idzie, mruczał z rozpaczą, 
waląc się z powrotem na posłanie i oczeku- 
jąc z rezygnacją na chwilę, kiedy nadchodzą- 
ca burza zasypie go piaskiem i buchnie falą 
wiatru, palącego niczym wnętrze pieca. 
Ale czas mijał i zamiast oczekiwanego 
hamsinu nadciągały z chrzęstem i dudnie- 
niem, otoczone tumanami nieprzenikliwego 
ku rzu czołg i. 
A... to te... pancerniaki ćwiczą - śmiał 
się złośliwie piechur, wypijając kolejny kubek 
wody - dobrze im tak: chcieliście czołgów, 
macie czołgi... 
"Dzieci Lwowskie" jednak nie narzeka- 
ły. Ani piekielne upały, ani burze piaskowe 
nie dały im rady. Pułk ćwiczył, szkolił się, 
obrastał w wiedzę i sprawność. W miarę 
postępu umiejętności zmieniano im sprzęt, 
aż wreszcie pułk doszedł do posiadania 
prawdziwych fortec ruchomych, ostatniego 
słowa techniki wojennej. 
Spotkaliśmy się z "Dziećmi Lwowskimi" 
dopiero we Włoszech. Kiedy po przełamaniu 
niemieckiego oporu w twierdzy Monte Cassi- 
no piechota stoczyła się z gór w dolinę rzeki 
Liri i poszła zdobywać Piedimonte i Santa 
Lucia, poszły z nią razem czołgi. I tak się 
złożyło, że baony brygady lwowskiej osła- 
niały ruchy czołgów "Dzieci Lwowskich", a te 
z kolei waliły ze swych dział w bunkry rażące 
ogniem tyraliery pieszych Iwowiaków. 
Nawiązana tutaj rzetelna praca rozwi- 
jała się i pogłębiała później coraz bardziej. 
Na odcinku adriatyckim, od Pescary aż do 
linii Gotów, przez niezliczone pagórki i do- 
liny, przez strumienie i rzeki szły czołgi po- 
społu z piechotą w pościgu za niemieckimi 
dywizjami. 
Każdy tu miał pełne ręce roboty. Upalne 
dni słonecznego włoskiego lata przesuwały 
się w gorączkowym pośpiechu, w marszu 


nieustającym naprzód i naprzód, w huku 
dział i w klekocie gąsienic, migały niby na 
taśmie filmowej zasnute dymami pogorze- 
lisk i tumanami kurzu, ledwo dostrzegane 
zmęczonymi oczami, piekącymi od nieprze- 
spanych nocy, od trudu i wysiłku, przekra- 
czającego - zdawałoby się - granice wy- 
trzymałości ludzkiej. 
Znużone ciężką pracą bojową szło woj- 
sko przez winnice, kuszące fioletem dojrza- 
łych gron, przez łagodne stoki pagórków, 
porosłe świeżązielenią morw, dębów i plata- 
nów, przez doliny rzek mnogich, w gąszczu 
głogu i tarniny płynących, szło, zmęczonymi 
oczami niemal nic z tego nie widząc. Szły 
bataliony i pułki przez ten kraj piękny, jakby 
stworzony do życia wesołego i spokojnego, 
który nie miał dla nich ani radości, ani spo- 
koju, jeno trud ciężki, bój zawzięty, śmierć 
podstępnie zewsząd czyhającą. 
Na tej drodze Wojska Polskiego do wol- 
ności zostało wiele mogił, niby kamienie 
milowe. Wiele z "Dzieci Lwowskich" padło 
pod Loretto, pod Casa Nuova Monte Torto, 
pod Chiaravalle, pod Monte Rosario i pod 
Monte delia Forche na przeprawie przez 
rzekę Metauro. Te miasteczka i wioski, 
dotychczas mało komu znane, zagubione 
wśród zielonego pejzażu, stały się kartami 
sławy żołnierskiej "Dzieci Lwowskich". Bo 
pułk walczył tak, jak się wszystko robi we 
Lwowie: na całego! 
I tak jak się wszystko robi we Lwowie, 
walczył z fantazją, humorem, z gestem nie- 
spotykanej nigdzie poza Lwowem miesza- 
niny nonszalancji i rzeczowości. I tak jak to 
zawsze robią Iwowiacy, nawet po najwięk- 
szym zmęczeniu zawsze tam znalazł się 
czas i ochota, aby powrócić bodaj myślą 
do kochanego miasta i rzucić w przestrzeń 
pod wygwieżdżone niebo słowa piosenki 
wesołej i rzewnej, tęsknej i zadzierzystej 
o starym, najdroższym Lwowie. 
Kiedy wieczorem, na przypadkowym 
postoju, w cieniu dębów włoskiej campanii 
słucham, jak lwowskie pancerniaki grają 
na harmonii: Gdybym się jeszcze urodzić 
raz miał, to wierzę wtedy w tę uporczywą, 
bezrozsądną, polską wiarę, że ze wszyst- 
kich mogił od Kołymy do Szachrizjabs, 
z Iraku i z Persji, z gór od Monte Cassino, 
znad tych wszystkich rzeczułek nad Ad- 
riatykiem odpowie mu głos tęsknoty: tylko 
L ., 
we wOwle.... 


5
		

/p0008.djvu

			lICI 


- 


a== 
O 
l- 
M 
- 


:z: 


Augustyna Moroz 


, 
CZURInUI, RUn 19q1 


Relacja świadka mordu 
na dominikanach w Czortkowie 


Odwrót bolszewików z Czortkowa roz- 
począł się 29 czerwca 1941 roku. Każdy 
niemal człowiek, zdając sobie sprawę, że 
odchodzi dwuletnia "zmora", oddychał 
lżejszą piersią i śledził z radością każdy 
ruch ucieczki wroga. 


Dominikanie naszej parafii również z utę- 
sknieniem wyczekiwali nadejścia nowych 
władz. Niestety, nie mieli tego dożyć. 
Dnia 2 lipca udałyśmy się z ciocią 
i siostrą do kościoła na poranną mszę św. 
o godz. 6. Pod kościołem zastałyśmy już 
kilkanaście osób czekających na otwarcie. 
Zaniepokojone tym, udałyśmy się pod okna 
zakrystii, w nadziei zobaczenia któregoś 
z zakonników. Nie było nikogo; ujrzałyśmy 
natomiast zdemolowane wnętrze. Wszystkie 
szuflady z bielizną i szatami liturgicznymi 
leżały w nieładzie na podłodze. Wróciłyśmy 
do drzwi kościoła. Tam od osoby mieszka- 
jącej niedaleko rzeki dowiedziałyśmy się, 
że ojciec przeor, proboszcz, Anatol i brat 
Andrzej leżą zamordowani pod Berdem. 
Po tej mrożącej krew w żyłach wiadomości 
poszłyśmy do domu, a ciocia - na miejsce 
zbrodni. 
Widok był straszny. Ojcowie Jacek, Ju- 
styn, Anatol i brat Andrzej zostali w bestialski 
sposób zamordowani - strzałami w tył gło- 
wy, niektórzy byli dobijani. Pan Jan Ślepko 
udał się do władz bolszewickich, aby zgo- 
dziły się na pochowanie ciał na cmentarzu. 
Nie wyrazili zgody; można było ich pocho- 
wać tylko na miejscu stracenia, pod groźbą 
wrzucenia ciał do rzeki, jeśli do godz. 14 
tego nie uczynimy. 
Nieliczni mężczyźni przystąpili do przy- 
gotowywania trumien, a raczej skrzyń z przy- 
niesionych przez ludzi desek. Kobiety i dzieci 
zajęły się kopaniem grobu na wzgórzu, na 
polu należącym do ss. szarytek, niedaleko 
miejsca zbrodni. Ciała złożono do trumien 
wyścielonych prześcieradłami. Pochowano 


6 


zmarłych, odśpiewano Salve Regina i od- 
mówiono Anioł Pański. 
Sa różne przypuszczenia co do drogi, 
jaką Ojcowie przeszli na miejsce stracenia. 
Najprawdopodobniej wyprowadzono ich ok. 
godz. 2 w nocy z kościoła i ulicami Sobie- 
skiego, Ujejskiego, Majową poprowadzono 
nad rzekę. Są świadkowie, którzy widzieli 
odmawiających modlitwy Ojców, prowadzo- 
nych przez czterech drabów. O pozostałych 
w klasztorze zakonnikach nikt niczego nie 
wiedział. Wejście do klasztoru było pilno- 
wane przez bolszewików. 
4 lipca niespodziewanie pojawił się u cio- 
ci pan Kazimierz Adamski z krzyżem z oł- 
tarza głównego i puszką z komunikantami. 
Powiedział, żeby iść do kościoła i ratować, 
co się jeszcze da, bo wokół był już pożar. 
Poszliśmy pod kościół, ale drzwi były za- 
mknięte. Od strony zakrystii zauważyliśmy 
spalone okna w mieszkaniach zakonników. 
Odchodząc od drzwi zauważyłyśmy ucie- 
kające bandy bolszewików. Boczną drogą 
przeszliśmy przez otwartą bramę wjazdo- 
wą na podwórze klasztoru. Wszystko było 
strasznie zniszczone: palące się samochody, 
amunicja, budynek gospodarczy w ogniu. 
Stary i nowy klasztor w płomieniach. 
Przez jedno nieobjęte jeszcze pożarem 
okno w nowym klasztorze weszliśmy do 
małego pokoiku, a następnie przez sień 
i kuchnię do małego refektarza. Wszędzie 
były ślady niedawnego pobytu żołdaków. 
Przez to pobojowisko poszliśmy dalej do 
starego klasztoru, aby dostać się do ko- 
ścioła. Udało nam się wreszcie dostać do 
wnętrza. Naszym oczom ukazał się okropny 
widok. Widać było, że w wielkim pośpiechu 
wszystko było niszczone. Figury Matki Bo- 
skiej Anielskiej, Matki Boskiej Niepokalanej 
i św. Teresy leżały na posadzce. Na ołtarzach 
poprzewracane lichtarze i flakony, konfesjo- 
nały otwarte, na podłodze śmieci, podar- 
te książki, resztki jedzenia, porozrzucane 
polskie banknoty. W dwóch miejscach na 
posadzce leżał tynk, bo widocznie strzelali 
w sufit. Pan Adamski powiedział, że wszyscy 
w klasztorze zostali zamordowani. 
Chcieliśmy uchronić to, co się jeszcze 
da, przed grożącym w każdej chwili poża- 
rem. Niestety cudowny obraz Matki Boskiej 
Różańcowej był wmurowany i nie udało się 
go zdjąć. Poszliśmy do zakrystii, aby ura- 
tować trochę rzeczy liturgicznych. Braliśmy
		

/p0009.djvu

			tylko rzeczy niezbędne do odpra- 
wiania mszy świętej. Chcieliśmy 
je zostawić jak naj bliżej kościoła. 
Zaszliśmy więc do pp. Sztetnerów 
i tam zostawiliśmy wszystko, wraz 
z kielichem z Najświętszym Sakra- 
mentem. Wróciliśmy jeszcze raz do 
zakrystii, już w większej grupie męż- 
czyzn i z p. Ślepką i wynosiliśmy 
pozostałe przedmioty. Część rzeczy 
została umieszczona w domu moich 
rodziców, część pan Ślepko zabrał 
do siebie. Po pewnym czasie przy- 
szedł pan Sztetner z prośbą, aby 
zabrać Najświętszy Sakrament, bo 
nie jest u niego bezpieczny. Został 
umieszczony u cioci. 
5 lipca z kilkoma osobami po- 
szliśmy jeszcze raz do kościoła 
z myślą, aby pochować pozosta- 
łych zamordowanych zakonników 
i zabrać z kościoła, co nadawało 
się do uratowania. To tu, to tam le- 
żały porozrzucane hostie, które sta- 
rannie zbieraliśmy. Szklana trumna 
św. Teofila była rozbita, ołtarz św. 
Wincentego Ferereusza naruszo- 
ny siekierą, a obraz Matki Boskiej 
Nieustającej Pomocy przestrzelony 
w koronie. 
Znaleźliśmy ciała zakonników. 
Byli to: br. Wincentowicz, br. Regi- 
nald, br. Metody. Nie można było 
jednak ich pochować - władze nie 
zgadzały się, a każdy bał się ry- 
zykować. 
W niedzielę 6 lipca przyszedł do nas 
ks. Boczar, dowiedziawszy się, że jest tu 
Najświętszy Sakrament. Tego dnia też wkro- 
czyli Niemcy. Ks. Boczar zapowiedział, że 
nazajutrz odprawi mszę św., podczas której 
będzie spowiadał i będzie można przystąpić 
do komunii św. Tak też się stało. Po mszy 
św. ksiądz zapowiedział, że odbędzie się 
wreszcie pogrzeb zakonników zamordowa- 
nych w klasztorze. Dodał, że ciała o. Hiero- 
nima dotąd nie znaleziono. 
Pogrzeb miał się odbyć we wtorek po 
południu. Znaleziono zwęglone szczątki 
o. Hieronima. Ciała wszystkich braci umiesz- 
czono w trumnach i ułożono na wspólnym 
katafalku. Pogrzeb prowadził ks. Boczar 
w towarzystwie księży ze Słobudki - ks. 
Lupy i ks. Szetelnickiego oraz dwóch księży 


ruskich. Wzięło w nim udział bardzo wielu 
ludzi. Trumny zostały złożone na cmentarzu 
w grobowcu 00. Dominikanów. W kolejnych 
dwóch dniach odbyły się msze św. żałobne 
za pomordowanych ojców i braci. W następ- 
ną niedzielę 13 lipca odbyła się msza św. 
dziękczynna za uratowanie kościoła. 
Po trzech tygodniach przybył ze Lwowa 
o. Mateusz. Do tego czasu osieroconą pa- 
rafią zajmował się ks. Boczar. 


Rękopis z 27 kwietnia 1942; prawdziwość 
relacji potwierdzam 
s. Sabina Moroz, Miejsce Piastowe, 
ul. ks. B. Markiewicza 
Spisała: Augustyna Moroz, ur. 23.05. 1923 
w Czortkowie, zm. 26 /I 1982 w Gorzowie 
Wlkp. 


7
		

/p0010.djvu

			lICI 


- 


a== 
O 
l- 
M 
- 


:z: 


Weronika Pawlowicz 


, 
WIERNI BOGU I OJCZYZNIE 


W Bazylice Mariackiej w Gdańsku 
w prawej nawie znajduje się kaplica, któ- 
rej łatwo nie zauważyć podczas zwiedza- 
nia. Poświęcona została w 1965 roku, 
ale o i le cały kościół z każdym rokiem 
pięknieje i wzbogaca się jego wyposaże- 
nie, ta kaplica pozostaje skromna, może 
nawet wydawać się ponura i smutna. 
Umieszczona została w niej granitowa 
rzeźba Chrystusa Frasobliwego w cier- 
niowej koronie wykonana przez prof. 
Janinę Stefanowicz-Schmidt z Sopotu, 
a obok - cierniowy krzew. Na posadzce 
jest napis: 2779 kapłanom, którzy ży- 
cie swoje oddali Chrystusowi i Polsce 
w latach 1939-1945. I jeszcze, na progu: 
Błogosławieni, którzy umierają w Panu. 
To Kaplica Kapłańska - pomnik pamięci 
narodowej dla uczczenia księży zamor- 
dowanych, jak widnieje na stronie inter- 
netowej kościoła Mariackiego, w połowie 
przez nazistów, w połowie przez NKWD. 
Nie wymieniono tu Ukraińców. Obok, na 
ścianie, zawieszona została tablica, na 
której wymieniono, ilu księży z każdej 
diecezji oddało życie w latach wojny: 
z archidiecezji lwowskiej - 87, z diecezji 
łuckiej - 39, z przemyskiej - 38 (w sumie 
z metropolii lwowskiej - 164). Z działają- 
cych w Polsce prowincji zakonnych zgi- 
nęło 276 kapłanów oraz 262 braci. 


Metropolia lwowska obejmowała trzy die- 
cezje: archidiecezję lwowską oraz diecezje 
łucką i przemyską. Najnowsze badania nad 
losami księży, którzy na terenie tym zgi- 
nęli, przedstawia ostatnio wydana pozycja 
- Słownik biograficzny duchowieństwa me- 
tropolii lwowskiej obrządku łacińskiego ofiar 
/I wojny światowej 1939-1945 (red. Józef 
Krętosz, Maria Pawłowiczowa, Opole 2007). 
Daje to podstawę do szczegółowej analizy 
oraz oceny ogromu strat poniesionych przez 
Kościół i naród polski. 
Ogółem, jak to ukazuje Słownik, na te- 
renie metropolii zginęło 255 duchownych, 
w tym 167 kapłanów diecezjalnych, 59 za- 
konników oraz 29 kapelanów wojskowych. 


8 


Spośród księży diecezjalnych największe 
straty poniosła archidiecezja lwowska - 90. 
W diecezji łuckiej śmierć poniosło 41 kapła- 
nów, a w diecezji przemyskiej - 36. Kapłani 
zginęli z rąk Sowietów, Niemców, Ukraińców, 
a także na skutek działań wojennych. Jak 
wynika z zestawień opracowanych przez ks. 
Krętosza, Sowieci zabili 75 księży, Ukraiń- 
cy - 74, natomiast Niemcy - 66. Wskutek 
działań wojennych zginęło 32 kapłanów, 
w ośmiu przypadkach nie udało się usta- 
lić sprawcy. 
Na terenie metropolii lwowskiej ponieśli 
śmierć także duchowni innych diecezji: ks. 
Wincenty Dziwok był kapłanem diecezji wło- 
cławskiej, ale od 1932 r. pracował w archi- 
diecezji lwowskiej. Ks. Piotr Walczak przybył 
z diecezji sandomierskiej. Wśród kapelanów 
wojskowych byli księża diecezji chełmińskiej 
(ks. Antoni Dąbrowski), lubelskiej (Stanisław 
Kontek, kieleckiej (ks. Stanisław Sokołowski) 
oraz archidiecezji krakowskiej (ks. Adam 
Korczak, ks. Marian Wojciech Luzar, ks. 
Jan Leon Ziółkowski). Na terenie metropolii 
zginęli także kapłani pochodzący ze Śląska: 
ks. Leon Chudy, kapelan wojskowy, o. Lu- 
dwik Wrodarczyk, oblat, pochodzący z Ra- 
dzionkowa, oraz koadiutor Ludwik Cienciała, 
salezjanin, z Górek Wielkich na Śląsku Cie- 
szyńskim. Ks. Stanisław Sinkowski, kapelan 
WP, od 1924 r. był proboszczem parafii woj- 
skowej w Katowicach i wybudował Kościół 
Garnizonowy pw. św. Kazimierza. Ale jed- 
nocześnie kapłani metropolii pracowali poza 
nią - ks. Bronisław Fedorowicz w 1939 r. 
był proboszczem parafii Skrundzie w archi- 
diecezji wileńskiej i tam zginął. 
Charakteryzując całą grupę kapłanów 
zauważyć trzeba, że w przeważającej więk- 
szości zginęli ludzie młodzi - w wieku 31- 
-40 lat (79) oraz 51-60 (54). Najstarszy 
wśród wszystkich ofiar był ks. Szczepan 
Szymkiewicz z diecezji przemyskiej - zgi- 
nął w wieku 102 lat, w 76. roku kapłaństwa. 
Przez 37 lat był proboszczem w Brzostku. 
Śmierć poniósł w 1945 r. podczas wysiedle- 
nia zarządzonego przez Niemców. W gro- 
nie zakonników najstarszy był ks. Stani-
		

/p0011.djvu

			sław Wnęk, jezuita - zginął w wieku 84 lat 
w czasie bombardowania Lwowa. Spośród 
kapelanów wojskowych - ks. gen. Karol 
Bogucki miał 74 lata. 
Jak zwrócił uwagę we Wstępie ks. Krę- 
tosz, podczas wojny kontynuowano kształ- 
cenie kapłanów. Zasługą ks. Stanisława 
Frankla, profesora dogmatyki i rektora, była 
nieustanna działalność seminarium lwow- 
skiego. (Sam ks. S. Franki aresztowany 
został przez Niemców w 1942 r., w więzie- 
niu zachorował na tyfus. Odbity przez AK, 
ukrywał się w klasztorze reformatów jako 
Jan Gliniecki; zmarł 26 VI 1944). Arcybi- 
skup Bolesław Twardowski i jego biskup 
pomocniczy Eugeniusz Baziak w okresie 
okupacji wyświęcili dla ar- 
chidiecezji lwowskiej 104 
neoprezbiterów. Spośród 
tych najmłodszych kapła- 
nów zginęło siedmiu. Na 
przykład ks. Stanisław 
Galewski studia kończył 
w Tarnowie, tam 16 VII 
1941 r. wyświęcono go 
dla diecezji łuckiej, a zgi- 
nął w roku 1942. W pierw- 
szym roku kapłaństwa 
śmierć poniósł również 
ks. Stanisław Gustkowicz, 
który święcenia otrzymał, 
z rąk abp. Twardowskie- 
go w kaplicy seminarium 
lwowskiego 15 XI 1942 r. 
Najmłodszy był dwudziestoletni kleryk, Józef 
Janas, student teologii, który został zamor- 
dowany na ulicach Lwowa w 1939 roku. 


Wśród ofiar są członkowie piętnastu za- 
konów - zarówno ojcowie (32), jak i bracia 
zakonni (26). Ich los był jednakowy. Naj- 
większe straty ponieśli dominikanie - 12, 
następnie franciszkanie konwentualni - 10, 
bernardyni - 8, poza tym kapucyni (2), re- 
formaci (4) - łącznie franciszkanie czterech 
gałęzi - 24, jezuici (5), pijarzy (4), saletyni 
(3), salezjanie (3), karmelici i karmelici bosi 
(po 2), chrystusowcy, misjonarze oblaci, pal- 
lotyni, zmartwychwstańcy (po 1). 


Zakonnicy - to grono międzynarodo- 
we. Pijar Jan Borrei urodził się w 1867 r. 
w Hiszpanii, tam też wstąpił do zakonu 
i przyjął święcenia kapłańskie. Był wykła- 


dowcą m.in. teologii w Cardena oraz w ko- 
legium w Sarria oraz mistrzem nowicjatu. 
W 1903 r., wraz z pięcioma ojcami prowincji 
katalońskiej, przybył do Polski, byodbudo- 
wywać po rozbiorach prowincję zakonu pi- 
jarów. Pracował w Krakowie, Szczuczynie, 
a od 1933 r. w Lubieszowie. Przyjaźnił się 
z o. Maksymilianem Kolbe. Zginął w paź- 
dzierniku 1943 r., raniony przez minę ukry- 
tą przy mogile zamordowanych Polaków. 
Parafia w Lubieszowie, leżąca w diecezji 
pińskiej, w okresie wielkanocnym w 1943 r. 
korzystała z pomocy kapłana ks. Józefa 
Szostaka, proboszcza w Małych Hołobach 
w diec. łuckiej. Ks. Szostak został zamor- 
dowany w drodze powrotnej, a wraz z nim 
zginął pijar, br. J. Mojsie- 
jonek. Zostali pochowani 
we wspólnym grobie. 
Spośród zakonników 
najwięcej zginęło w wieku 
lat 31-40 (19) oraz 41- 
-50 i 21-30 (po 10). Naj- 
starszy był ks. Stanisław 
Wnęk, jezuita; poniósł 
śmierć w wieku 85 lat. Do 
naj młodszych należał no- 
wicjusz zakonu francisz- 
kanów konwentualnych, 
Jan Kotynia (lat 20). Za- 
konnicy przeważnie zgi- 
nęli w swoich klasztorach: 
dominikanie w Czortkowie 
i Podkamieniu, bernardyni 
we Fradze i Lwowie, saletyni we Lwowie. 
Młodzi franciszkanie konwentualni z Nie- 
pokalanowa w 1939 r. uciekali na wschód, 
chcąc za Bugiem znaleźć schronienie. Je- 
den z nich dotarł do klasztoru reformatów 
w Rawie Ruskiej, gdzie zginął wraz z trzema 
tamtejszymi zakonnikami. 
Grono kapelanów wojskowych jest naj- 
mniejsze - to 29 księży, z których 12 zginęło 
w wieku lat 31-40. Najstarszy to ks. gen. 
Karol Bogucki, który zmarł na zesłaniu mając 
74 lata. Niektórzy pełnili funkcję kapelanów 
już w okresie międzywojennym (ks. Mikołaj 
Drużbacki, kapelan i sekretarz bpa Józefa 
Gawliny), brali udział w kampanii wrześnio- 
wej (ks. Piotr Paweł Andryka, ks. Leon Chu- 
dy, ks. Otto Kristen). Ale są i tacy, którzy 
jako kapłani diecezjalni zostali wywiezieni 
w głąb Rosji, a następnie w wyniku amne- 
stii opuścili Rosję i znaleźli się warmii gen. 


I 
'o 
O::::: :J 
co '
 

 (\j 
NU 
(\j o 
I..... I..... 
8
 

(lJ 
c 5 
5 (lJ 
o ,- 
D C 
:J u 
uJS 
r\i o 

 ' 
V) (\j 
'c '- 
(lJ c 
,_ (lJ 
E '- 
(\j E 

 (\j 
D
 
OD 
D- o 
D- 

 N 
o 'ey 
co 5 
(\j o 
-i:6 u 
(\j 'c 

 ,
 


9
		

/p0012.djvu

			Władysława Andersa (ks. Stefan Gąsiorek 
czyo. Bolesław Huczyński, karmelita, który 
zginął pod Monte Cassino). 
Kapłani ponieśli śmierć na skutek działań 
wojennych, w bombardowaniach i w czasie 
walki, lecz przede wszystkim z rąk okupan- 
tów - Niemców i Rosjan, a także z rąk swo- 
ich sąsiadów - Ukraińców. Miejsca śmierci 
zgotowane przez Niemców to między innymi 
obozy koncentracyjne. W Dachau zginęło 
13 kapłanów Metropolii, a także czterech 
w tzw. transportach inwalidów. W Oświęci- 
miu śmierć poniosło 4 księży, w Gross-Ro- 
sen i na Majdanku - po 3, we Flossenbur- 
gu, w Gusen oraz w obozie w Kołdyczewie 
na Litwie (gdzie nie było krematoriów, ale 
"bunkry, komory gazowe i ogromne lasy, 
których ziemia przesiąkła krwią męczen- 
ników") - po 1. To także więzienia, gdzie 
kapłani przetrzymywani tygodniami cierpieli 
przesłuchania, chorowali, byli rozstrzeliwani. 
To również miejsca zbiorowych kaźni. We 
Lwowie, na Wzgórzach Wuleckich, wraz 
z wykładowcami Uniwersytetu Jana Kazi- 
mierza, 4 VII 1941 roku rozstrzelany został 
ks. dr Władysław Komornicki, profesor nauk 
biblijnych i języka greckiego). W Stanisławo- 
wie, wraz z inteligencją tego miasta, jesie- 
nią 1941 r. w Czarnym Lesie zginął ks. dr 
Lucjan Tokarski, zasłużony katecheta szkół 
średnich. 
Ofiary terroru sowieckiego to przede 
wszystkim zesłańcy do łagrów, wywiezie- 
ni do Kazachstanu, rozstrzelani w więzie- 
niach. W czerwcu 1941 r., gdy do Związ- 
ku Sowieckiego wkraczali Niemcy, Sowieci 
masowo likwidowali osadzonych w więzie- 
niach, m.in. Łucka (tu zginęli wówczas ks. 
Józef Kazimierz Czurko i Bronisław Galicki) 
i Lwowa (gdzie zginęli zakonnicy - o. Anto- 
ni Bałut OFMCap i o. Franciszek Marchie- 
wicz OFMRef). Kapelani wojskowi, którzy zo- 
stali aresztowani przez Rosjan po kampanii 
wrześniowej 1939 r., znaleźli się w obozach 
w Ostaszkowie, Kozielsku, Starobielsku i są 
ofiarami tak zwanej zbrodni katyńskiej (to 
księża: Edward Antoni Choma, Mieczysław 
Janas, Stanisław Kontek, Stanisław Soko- 
łowski, Bronisław Szwed, Władysław Urban, 
Jan Leon Ziółkowski). Ale są też i tacy, którzy 
zostali aresztowani przez NKWD, a zginęli 
z rąk polskiego UB w 1945 r.: ks. Tadeusz 
Linde oraz kapelani wojskowi - ks. Antoni 
Dąbrowski i ks. Michał Pilipiec. 


10 


Śmierć z rąk ukraińskich przychodziła 
między innymi wskutek napadów na wsie. 
Tak zginęli m.in. ks. Mikołaj Ignacy Ferenc 
(podczas napadu na Markową w styczniu 
1944 r.) i ks. Stanisław Dobrzański (w cza- 
sie likwidacji Ostrówek i Woli Ostrowickiej; 
wtedy zamordowany też został tam Józef 
Harmata z Towarzystwa Chrystusowego). 
11 VII 1943 r. nacjonaliści zorganizowali na- 
pady na 160 wsi zamieszkałych przez Pola- 
ków. W kościele w Porycku zginęło ok. 200 
osób, wśród nich ks. Bolesław Szawłowski, 
w Zabłotcach śmierć poniósł ks. Józef Alek- 
sandrowicz. Wielu księży zostało napadnię- 
tych na plebaniach i w domach (ks. Michał 
Duszeńko, ks. Tadeusz Stroński), w dro- 
dze (ks. Jerzy Jan Cimiński i ks. Hieronim 
Szczerbicki), na cmentarzu, w lesie (ks. Wła- 
dysław Biliński). W wielu przypadkach nie 
odnaleziono ciał (m.in. ks. Karola Procyka 
czy ks. Włodzimierza Siekierskiego). 
Szczególnym miejscem śmierci jest 
klasztor dominikanów w Podkamieniu, gdzie 
schronienia przed napadami szukała oko- 
liczna ludność. Z parafianami z Poczajowa 
przybył także ks. Stanisław Fijałkowski. 12 III 
1944 r. zostało tam zamordowanych ok. 
300 osób, wśród nich trzech dominikanów 
(br. Franciszek Frączyk, br. Dominik Juźwa 
i br. Karol Rogowski) oraz wspomniany ks. 
S. Fijałkowski. Podobnie w klasztorze kar- 
melitów bosych w Wiśniowcu wraz z za- 
konnikami, o. Józefem Gleczmanem i br. 
Janem Lasoniem, zginęło ok. 100 osób. 
Ukraińcy dążyli do likwidacji wszelkich śla- 
dów po "Iaskich księżach" - niszczyli tak- 
że kościoły (ks. Marcin Bosak, proboszcz 
w Mariampolu, został zamordowany przez 
Ukraińców, a nowy, zbudowany przez niego 
kościół rozebrano). 
Najtragiczniejsze chyba są losy tych 
kapłanów, którzy przepadli w nieznanych 
okolicznościach: ks. Wincenty Dziwok zo- 
stał aresztowany przez N KWD po 17 IX 
1939 r. - zaginął bez śladu; ks. Józef Kilar, 
kapłan diecezji przemyskiej, aresztowany 
przez Sowietów 23 VI 1941 r" wywieziony 
został do Drohobycza i dalszych wiadomo- 
ści brak. Nie znamy losów aresztowanego 
przez NKWD ks. Andrzeja Mołdocha czy 
ks. Stanisława Pszonki, w 1940 r. wywie- 
zionego w głąb ZSRR Uego poszukiwania 
prowadzone przez Czerwony Krzyż nie dały 
rezu Itatów).
		

/p0013.djvu

			Wśród kapłanów, którzy zginęli, byli za- 
służeni katecheci, budowniczowie kościołów, 
administratorzy, działacze oświatowi, propa- 
gatorzy stowarzyszeń religijnych, m.in. Akcji 
Katolickiej. Byli naukowcy, pisarze (m.in. ks. 
Kazimierz Stanisław Konopka SJ - autor 
145 pozycji), wykładowcy seminariów du- 
chownych i Uniwersytetu Jana Kazimierza. 
Zakonnicy-misjonarze, którzy jeździli po kra- 
jach dalekich i informowali o nich czytelników 
w kraju. Duchowni prowadzili działalność go- 
spodarczą, społeczną, pomagali miejscowej 
ludności. Wielu z księży w czasie pierwszej 
wojny było kapelanami wojskowymi (np. ks. 
Czesław Broda, ks. Marian Tokarzewski, 
który był też kapelanem marszałka Piłsud- 
skiego oraz prezydentów Wojciechowskiego 
i Mościckiego). W czasie II wojny kapłani 
organizowali pomoc dla uchodźców i osób 
wywiezionych, ratowali swoich parafian i po- 
zostające pod ich opieką kościoły i zabytki 
sakralne (m.in. umożliwili wywiezienie ob- 
razu Matki Boskiej z Bołszowiec - obecnie 
w Gdańsku). Ratowali Żydów (ks. Edward 
Tabaczkowski, o. Ludwik Wrodarczyk) i włą- 
czali się w działalność konspiracyjną (ks. 
Henryk Grabowski, ks. Stanisław Ziętara). 
Na plebaniach organizowano punkty kontak- 
towe dla kurierów przechodzących na Węgry 
(m.in. u ks. Władysława Wójcika w Zagórzu, 
ks. Jana Siuzdaka w Wołkowyi k. Leska, ks. 
Józefa Smaczniaka w Nadwórnej). 
Podkreślić trzeba także, że księża byli do 
końca wierni, w sytuacji zagrożenia życia nie 
wypierali się Boga (ks. Piotr Szczupiel nie 
wrzucił krzyża do dołu z wapnem), nie opu- 
ścili ludzi w zagrożeniu, choć mogli ratować 
swoje życie. O. Józef Gleczman zachęcał 
Polaków do opuszczenia Wiśniowca, a sam 
powiedział, że nie opuści klasztoru, dopóki 
ostatni Polak nie opuści Wiśniowca. Ks. Sta- 
nisław Kontek, kapelan 22. Górskiej Prze- 
myskiej Dywizji Piechoty, po bitwie w oko- 
licy Włodzimierza Wołyńskiego pozostał na 
pobojowisku, udzielał konającym absolucji, 
choć ludność okoliczna namawiała go do 
ucieczki. Powiedział, że musi spełnić swój 
obowiązek. Dostał się do niewoli sowiec- 
kiej, zginął w Katyniu. Kapłański obowią- 
zek spełniali także duchowni w więzieniach, 
w łagrach, obozach, na wygnaniu. Zawsze 
służyli ludziom. 
Męczeńska śmierć spotkała wielu ka- 
płanów. Kościół stara się już o beatyfikację 


ośmiu dominikanów, zamordowanych przez 
NKWD w klasztorze w Czortkowie. Wszczę- 
cie procesu beatyfikacyjnego ogłosił 17 XI 
2006 r. kard. Marian Jaworski. Administratu- 
ra Apostolska w Moskwie oraz Zarząd Pro- 
wincji Wschodniej Pallotynów w Polsce od 
początku lat dziewięćdziesiątych XX w. dążą 
do beatyfikacji Sługi Bożego ks. Stanisława 
Szulmińskiego SAC. W Katowicach nato- 
miast trwają starania o beatyfikację o. Lu- 
dwika Wrodarczyka OM!. 


WERONIKA PAWŁOWICZ, ur. 1966 w Katowi- 
cach, w rodzinie po kądzieli wschodniomałopol- 
skiej. Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, na 
kierunku bibliotekoznawstwa i informacji nauko- 
wej, doktorat w 2005. Pracuje w Bibliotece Śląskiej 
w Katowicach. 


MODLITWA CHOCIMSI	
			

/p0014.djvu

			lICI 


- 


a== 
O 
l- 
M 
- 


:z: 


Dariusz Jania 


Dokończenie z GL 3/09 


TWIERDZA RZECZYPOSPOLITEJ (2) 
Ufortyfikowanie Kamieńca Podolskiego w XVII wieku 


UMOCNIENIE ZAMKU MURAMI 
I BASTIONAMI 
to była dopiero połowa całego systemu 
obronnego miasta. By odeprzeć ataki na- 
jeźdźców w XVII wieku trzeba było obsa- 
dzić mury artylerią oraz wyszkoloną i liczną 
załogą. Jak podano wcześniej, w Kamieńcu 
mieścił się skład artylerii koronnej oraz ar- 
senał. W pierwszej połowie XVII wieku na 
wyposażeniu twierdzy znajdowały się przede 
wszystkim działa dwulufowe starego typu 
oraz jeszcze starsze petriery. W 1639 roku 
było dwadzieścia sześć dział, w tym dwie 
kolubryny, dwie kolubryny bastardowe, pięt- 
naście falkonet i siedem petrier. Jednak już 
od połowy stulecia ilość i jakość tego uzbro- 
jenia poprawiła się. W piętnaście lat później 
było już czterdzieści dział. W tym czasie 
(tj. w 1654 roku) Kamieniec posiadał trzy 
ćwierćkartauny, jedną oktawę, sześć dział re- 
gimentowych polnych 6-funtowych i dziesięć 
3-funtowych, dwie kolubryny, dwie kolubryny 
bastardowe, osiem falkonet, dwa moździe- 
rze spiżowe które strzelały granatami, oraz 
jedną petrierę. Widać wyraźnie, że ubyło 
starych kolubryn i petrier, a przybyły nowsze 
działa spiżowe. W swoim pamiętniku Mikołaj 
Jemiołowski podaje, że w 1672 roku w Ka- 
mieńcu znajdowało się 400 dział. Ta liczba 
jest nierealna. Może było ich czterdzieści, 
może więcej, ale na pewno nie 400. 
Dobrze wyglądało zaopatrzenie w amu- 
nicję. Brak było w 1639 roku na stanie np. 
granatów ręcznych, kul muszkietowych czy 
kul 3-funtowych (w roku 1639 nie było tego 
rodzaju dział w twierdzy), lecz pojawiają 
się one w latach pięćdziesiątych. Posiadał 
Kamieniec również (choć nieliczną) załogę 
puszkarzy autoramentu cudzoziemskiego 
Uak w całej Rzeczypospolitej XVII wieku). 
W 1647 roku do miasta przysłano dwóch 
puszkarzy z Baru, co może świadczyć, że 
w tym okresie dopiero kształtował się w Ka- 
mieńcu ten rodzaj służby wojskowej. Wszy- 
scy artylerzyści podlegali do 1672 roku ko- 
ronnemu magistrowi artylerii. Od roku 1433, 
kiedy to Kamieniec został miastem królew- 


12 


skim, stacjonowała tam załoga królewska. 
Jednak już za Kazimierza Jagiellończyka 
załoga ta wolała szukać leży po wioskach, 
niż rezydować na zamku. Stefan Batory na 
mocy uniwersału poborowego oddelegował 
do Kamieńca stu strzelców. W czasie bez- 
królewia dodano jeszcze stu pięćdziesięciu 
jezdnych, tak że pod koniec XVI wieku zało- 
ga nie przekraczała trzystu osób. Zygmunt III 
w 1613 roku wyznaczył dwustu piechurów 
jako załogę Kamieńca i zabronił im trudnić 
się handlem, co wcześniej miało miejsce. 
Na początku panowania Jana Kazimierza 
zwiększono garnizon do trzystu ludzi z woj- 
ska kwarcianego, a w 1655 roku dodano 
jeszcze jazdę (dwieście osób). W roku 1667 
według Antoniego Rollego zwiększono jaz- 
dę kamieniecką do dwóch chorągwi (około 
trzystu ludzi). Jednak stan liczebny załogi 
nie zawsze odpowiadał temu nakreślonemu 
w ustawach. Żołd dla zamkowej załogi wy- 
nosił do roku 1635 trzy złote. Władysław IV 
w tymże roku podwyższył uposażenie o je- 
den złoty na miesiąc, ale wypłacano je nie 
w pieniądzach, lecz w suknie na barwę. Były 
niestety zaległości w płaceniu żołdu załodze 
kamienieckiej, jak choćby podczas wojny ze 
Szwedami w 1659 roku, kiedy płaca nie do- 
chodziła i przez to załoga fortecy topniała, 
gdyż nieopłacone wojsko dezerterowało. 
Dbano o to, by w skład tej załogi wcho- 
dzili tylko Polacy lub żołnierze niemieccy. 
Wydaje się, że obawiano się dołączania 
do załogi wojskowej miejscowej ludności 
ormiańskiej i ruskiej. Bano się prawdopo- 
dobnie zdrady. Mówi o tym wyraźnie ustawa 
sejmowa z 1662 roku, która nakazuje komi- 
sji wypisać z załogi wszystkich mieszczan 
i przedmieszczan, a na ich miejsce powo- 
łać zaraz służałey piechoty wiary ś. katoli- 
ckiey narodu Polskiego, albo Niemieckiego. 
Starał się także sejm i król o zaopatrzenie 
twierdzy w prowiant. W 1652 roku uchwałą 
sejmową przeznaczono ze skarbu dwadzieś- 
cia tysięcy złotych na zakupienie żywności. 
Natomiast w 1654 roku prowiant-magister 
Marcin Liniewski wziął ze skarbu koronne-
		

/p0015.djvu

			go siedemdziesiąt tysięcy złotych, niestety 
nieprzyjaciel zrabował prowiant na sumę 
prawie czterech tysięcy złotych. W 1658 
roku sejm nakazuje prowiant-magistrowi, by 
zaopatrzył w prowiant Kamieniec z publicz- 
nych pieniędzy, czyli z czopowego i akcyzy 
z całego województwa podolskiego. W 1659 
roku sejm kazał wydać prowiant-magistro- 
wi sumę prowiantową, która do skarbu się 
wróciła, na zakupienie żywności. Jak można 
zauważyć, sejm był żywo zainteresowany 
tym, by załoga zamku była odpowiednio 
zaopatrywana w żywność. 
Oprócz załogi w zamku istniała jeszcze 
załoga obsadzająca fortyfikacje miejskie. Tę 
służbę pełnili mieszczanie. Każdy z cechów 
miał swoje miejsce, w którym miał pełnić 
służbę. Były to baszty, bramy Lacka i Ru- 
ska oraz inne fortalicje. Antoni Rolle wylicza, 
że takiego wojska miejskiego było od 400 
do 500 osób. Dodatkowo każdy okoliczny 
kmieć, który chciał się schronić w mieście, 
miał obowiązek jego obrony. Na czele tego 
wojska stał podstarości, zastępca generała 
podolskiego. 


SŁABO PRZYGOTOWANA DO OBRONY 
TWIERDZA PODDAŁA SIĘ 
27 sierpnia. W kraju po upadku Kamień- 
ca wybuchła panika. Szlachta szukała win- 
nych. O zdradę obwiniano dowódców obro- 
ny, zwłaszcza generała Mikołaja Potockiego, 
nazwanego przez Jana Korzeniewskiego 
jawnym zdrajcą, który Kamieniec nieprzyja- 
cielowi poddał. 2 września 1672 roku sułtan 
Mehmed IV wjechał do Kamieńca jako jego 
właściciel. Rozpoczynały się osiemnasto- 
letnie rządy Turków. Wiele kościołów zbu- 


Kamieniec Podolski, grafika z XIX w. 


rzono i pozamieniano na meczety. Szybko 
też przystąpili nowi właściciele warowni do 
jej naprawiania. Już w 1673 roku zamek 
koszami obstawili (...) Wszędy armaty, ko- 
sze, baszty w mieście i w obu zamkach re- 
staurowane, przyskałki złe murem połatane. 
Tak porządnie fortyfikują, pisano w liście ze 
Lwowa. Majątki, które zostały po Polakach, 
zarekwirowano. Było tego około 470 domów 
i działek. Postanowiono pozbyć się też pol- 
skich mieszczan, którzy zostali w Kamieńcu. 
Wysłano więc mieszczan Polaków do Choci- 
mia, gdyż nie ufano im w twierdzy. Fakt ten 
nie dziwi, zwłaszcza że nadal trwała wojna 
z Portą, a po zwycięstwie chocimskim roz- 
poczęła się dość szczelna blokada miasta 
przez wojska wojewody Jana Potockiego. 
Niestety blokada ta nie została wsparta woj- 
skami hetmana Sobieskiego i nie przyniosła 
planowanych korzyści. W 1686 roku, kiedy 
na nowo wybuchły walki polsko-tureckie, 
hetman Jabłonowski próbował zdobyć Ka- 
mieniec przez zaskoczenie, ale cała akcja 
się nie powiodła. W tym też czasie trwały 
w mieście prace przy remontowaniu fortyfi- 
kacji (między innymi wyremontowano most 
z zamku do miasta, o którym była już mowa). 
Kolejne oblężenie rozpoczęło się w lipcu 
1687 roku. W mieście w tym czasie mieli 
znajdować się tylko żołnierze i kilku rzemieśl- 
ników, co sugeruje, że Turków interesował 
tylko militarny aspekt miasta. 3 września tego 
samego roku nadeszła jednak odsiecz i po 
53 dniach warownia została odblokowana. 
Wiosną i latem 1688 roku nieustannie toczyły 
się utarczki zbrojne. Wojska koronne, jak to 
bywało w latach poprzednich, zbyt szczup- 
łe by prowadzić oblężenia, ograniczały się 
do niszczenia pól uprawnych 
w okolicach miasta. W 1689 
roku w wyniku niepłacenia za- 
łodze kamienieckiej doszło do 
buntu w mieście. Żołnierze za- 
mordowali komendanta i uwię- 
zili oficerów, a następnie wysła- 
li posłów do Konstantynopola. 
 
Z wyboru żołnierzy komendan- 
 
tem został Kaharaman. Władze C/) 
co 
w Konstantynopolu zatwierdziły t:: 
wybór. W tym czasie pod Ka- .
 
mieńcem nadal trwała bloka- 
 
da, choć niezbyt szczelna. Het- ,g 
man Jabłonowski chciał wyko- 
 
rzystać trudną sytuację załogi -g 


13
		

/p0016.djvu

			Krystyna Listwoń-Balicka 


TARNOPOLANKA PRZYPOMINA 


Jako córka zamordowanego policjanta 
II Rzeczypospolitej i naoczny świadek pro- 
wadzonych do sowieckiej niewoli policjan- 
tów z Tarnopola w stronę Podwołoczysk, 
zebrałam najważniejsze informacje, które 
przekazuję młodzieży i młodym policjantom 
dla upamiętnienia i pokazania prawdy o funk- 
cjonariuszach Policji Państwowej II RP. 


Gdyby orłem być, lot sokoli mieć, 
Skrzydłem orlim lub sokolim 
Unosić się nad Podolem. 
Tamtym życiem żyć! 


Znana jest nam wszystkim ta pieśń 
Maurycego Gosławskiego. Na skrzydłach 
tej właśnie pieśni przenieśmy się myślą, 
sercem i wyobraźnią do naszego ukocha- 
nego i nigdy niezapomnianego Tarnopola 
i pójdźmy w cichej zadumie tam, gdzie był 
nasz dom rodzinny, gdzie w dzieciństwie 
żyliśmy z najdroższymi rodzicami, braćmi, 
siostrami, którzy od nas odeszli, pozosta- 
wiając smutek, żal i pustkę. 
Przejdźmy ulicami, którymi chodziliśmy 
do szkoły, przejdźmy "korsem" - miejscem 
spotkań i spacerów - od kościoła parafialne- 
go, obok pomnika Mickiewicza aż do figury 
św. Tekli i szukajmy tam śladów samych sie- 
bie, śladów naszych koleżanek i kolegów, 
szukajmy tam naszej młodości, niestety już 
tak bardzo odległej. 
Nasi kochani tarnopolanie losami okrut- 
nej wojny rozproszyli się po całej Polsce 
i świecie. 
Szukając w pamięci znajomych naszej 
młodości stwierdzamy jak bardzo wielu 
z nich już odeszło z tego świata, niejedno- 
krotnie wręcz tragicznie, męczeńsko skła- 
dając daninę swego życia Ojczyźnie. Już od 
pamiętnego września 1939 roku, a potem 
w drodze do wojska polskiego we Francji 
oddali swe życie na przejściach granicznych. 
Pamiętamy również o tych z Tajnej Organi- 
zacji Harcerskiej i o tych zamordowanych 
w Katyniu, Miednoje, Charkowie, łagrach 
sowieckich i obozach niemieckich. Nie za- 
pominamy również tych kolegów - żołnierzy, 


14 


lotników i marynarzy, którzy zginęli w walce 
na zachodzie i na wschodzie w szeregach 
Wojska Polskiego i w partyzantce. 
Czy ich bohaterskie odejście w walce 
za Ojczyznę wolną, suwerenną i niepod- 
ległą jest tylko bolesnym wspomnieniem, 
czy Ich śmierć to koniec? Nie! Ich śmierć 
bohaterska, męczeńska, gdziekolwiek by 
była, wydała już i wydawać będzie owo- 
ce. I dlatego bądźmy przekonani, że życie 
oddane za najszlachetniejsze i najpiękniej- 
sze sprawy, jakimi są Bóg i Ojczyzna, 
wyda owoce. 
My tu w Krakowie, Koło Tarnopolan, 
jesteśmy ostatnim pokoleniem, które tam 
w Tarnopolu mieszkało, chodziło do szkoły, 
należało do harcerstwa i żyło szczęśliwie 
w najpiękniejszej ziemi II Rzeczypospolitej 
- ziemi mlekiem i miodem płynącej. 
Dlatego młodzież obecna winna znać 
historię Polski i Podola, uczyć się i praco- 
wać, i wierzyć, że tragicznej prawdy polskiej 
nie zmyje deszcz, nie zrujnuje wróg. Ona 
przetrwa dla następnych pokoleń Polaków 
- dla historii. 


Krystyna Listwoń-Balicka, tarnopolanka, 
wychowana w duchu patriotycznym, córka 
Marii i Bronisława, zamordowanych przez 
NKWD w 1940 roku - ojciec na "nieludzkiej 
ziemi", a matka w więzieniu tarnopolskim. 
Krystyna, ekonomistka, b. główna księ- 
gowa, p. porucznik Armii Krajowej, instruk- 
tor harcerstwa, społecznie pracująca jako 
przewodnicząca Rodzin Policyjnych 1939, 
członkini Rodzin Katyńskich i Sybiraków, 
przez wiele lat zastępczyni przewodniczą- 
cego Koła Tarnopolan TMLiKPW w Krako- 
wie, z którym organizowała Ogólnopolskie 
Koleżeńskie Zjazdy Tarnopolan w Ustroniu 
i Kalwarii Zebrzydowskiej. 
Odznaczona Krzyżem Partyzanckim, 
Odznaką Weterana Walk o Niepodległość, 
Odznaką "Akcja Burza" nr 1/01/96 oraz Srebr- 
nym Krzyżem Zasługi ZHP 
Zmarła w 2009 roku w Krakowie.
		

/p0017.djvu

			t/
t I' 0rlt0«Jler/ź 
LIST MIESZKANKI KRAKOWA, 
EKSPATRIANTKI SPOD LWOWA, na- 
pisany w 1987 r. 
Drogi Janku! Piszę do Ciebie parę słów 
w pilnej sprawie. Co ty na to powiesz? 
Byłam w kościele Mariackim i była msza 
św. Po mszy ksiądz poprosił ludzi, kto jest 
ze Lwowa i ode Lwowa, i mówił do nas, bo 
nawet było nas dużo, żebyśmy modlili się za 
ks. Szeptyckiego, bo on zginął tragicznie, 
żeby jego wynieść na ołtarze. 
Janku, co ty na to powiesz? Takiego 
bandytę? Ilu on księży zamordował polskich! 
Ten ksiądz (w kościele Mariackim) się do- 
wiedział, bo ludzie po p ro s t u k rzycze I i! 
Janku, nie mogę więcej pisać, bo jestem 
bardzo zdenerwowana. Ręce odmówiły pi- 
sania. Bądź zdrów, zostań z Bogiem. 


KOMENTARZ ADRESATA, EKSPA- 
TRIANTA RODEM Z WINNIK POD LWO- 
WEM, z rodziny chłopskiej, dziś mgr prawa, 
pracownik państwowy. 
Powyższy list napisała kobieta w wieku 
emerytalnym, mieszkanka Krakowa, w któ- 
rym osiedliła się i założyła rodzinę po przy- 
musowym opuszczeniu wsi rodzinnej, poło- 
żonej 14 km na wschód od Lwowa. Cudem 
uniknęła śmierci z rąk "herosów" spod znaku 
tryzuba. Śmierci z tych rąk nie uniknęła jej 
siostra, która zginęła na Wołyniu w latach 
okupacji niemieckiej. 
Autorka listu, jako osoba młoda w la- 
tach do 1939 r. widziała we wsi rodzinnej, 
jak Ukraińcy, korzystając z polskich swobód 
obywatelskich, rozwijali swoje organizacje 
gospodarcze, oświatowe i narodowe. Wi- 
działa też, jak w pewnej części ludności 
ukraińskiej narastała wrogość do Państwa 
Polskiego i ludności polskiej, jak większość 
duchowieństwa greckokatolickiego nie tylko 
tej wrogości nie przeciwdziałała, ale jąjesz- 
cze podsycała. 
Wiedziała także, że ci Ukraińcy, którzy 
wrogo odnosili się do Polski i Polaków, uwa- 
żali greckokatolickiego metropolitę Andrzeja 
Szeptyckiego za swego wodza politycznego. 
Nic więc dziwnego, że tak autorka listu, jak 
i ogromna większość Polaków z Małopolski 
Wschodniej obciążała i jeszcze teraz ob- 
ciąża "władykę świętojurskiego" Andrzeja 


Szeptyckiego odpowiedzialnościąza okrutne 
wymordowanie setek tysięcy bezbronnej lud- 
ności polskiej, w tym kobiet, małych dzieci, 
a także księży rzymskokatolickich. 
Z rąk "budowniczych" przyszłej Wolnej 
Ukrainy ginęli także ci Ukraińcy, którzy nie 
chcieli współpracować z ludobójczymi ban- 
dami ukraińskimi. Trzeba bowiem zazna- 
czyć, że większość ludności ukraińskiej była 
za zgodnym współżyciem z ludnością polską 
- choćby ze względu na dosyć częste po- 
wiązania rodzinne pomiędzy obiema narodo- 
wościami, ale większość była terroryzowana 
przez zwolenników OUN-UPA. 
Dla wszystkich takich Polaków jak au- 
torka listu wiadomość, że są czynione sta- 
rania o uznanie A. Szeptyckiego za błogo- 
sławionego ("wyniesienie na ołtarze") jest 
przysłowiowym piorunem z jasnego nieba. 
W latach mordów dokonywanych przez ban- 
derowców nikt z Polaków, a także Ukraiń- 
ców, nie słyszał nawoływań Andrzeja Szep- 
tyckiego do zaniechania zbrodni przewyż- 
szających swym okrucieństwem zbrodnie 
hitlerowców. 
Skąd autorka listu, która w latach oku- 
pacji była młodą dziewczyną wiejską z wy- 
kształceniem podstawowym, mogła wie- 
dzieć, że Andrzej Szeptycki w jakichś swych 
listach pasterskich występował przeciwko 
mordowaniu ludzi, kiedy adresat omawiane- 
go listu nie wiedział o takich wystąpieniach 
Szeptyckiego, mimo że wiedzieć był powi- 
nien, gdyż w latach 1942-45 należał do tej 
polskiej organizacji podziemnej, która wy- 
dawała tygodnik konspiracyjny we Lwowie 
"Słowo Polskie", docierający do wszystkich 
środowisk polskich Małopolski Wschodniej 
i Wołynia. Organizacja ta zajmowała się 
także zbieraniem informacji o postępowaniu 
zarówno okupantów, jak też ludności. Nie 
było informacji takich, które świadczyłyby, 
że Andrzej Szeptycki swymi wystąpieniami 
przeciwdziałał skutecznie ukraińskiemu lu- 
dobójstwu. 
Andrzej Szeptycki był metropolitągrecko- 
katolickim od roku 1900. Za jego kierowania 
Cerkwią wyrosły dwa pokolenia, także dwa 
pokolenia księży greckokatolickich, którzy 
mieli ogromny wpływ na postawę i postę- 
powanie ludności ukraińskiej, w tym na sto- 


15
		

/p0018.djvu

			sunek tej ludności do Państwa Polskiego 
i Polaków. Zarówno metropolita Szeptycki, 
jak też ogromna większość podległego mu 
duchowieństwa była negatywnie ustosunko- 
wana do Polski i Polaków, mimo że metro- 
polita powinien był wiedzieć, że narodowy 
rozwój Ukraińców w Małopolsce Wschod- 
niej był możliwy tylko w ramach Państwa 
Polskiego. 
Jako student Uniwersytetu Jana Kazi- 
mierza byłem na wielkim wiecu pod Tea- 
trem Wielkim we Lwowie w 1937 r., zwoła- 
nym przez Stronnictwo Narodowe. Głównym 
mówcą na tym wiecu był red. Sacha z War- 
szawy. Przemawiał z balkonu teatru. W pew- 
nym momencie, gdy zaczął mówić o kwestii 
ukraińskiej, zwrócił się w stronę cerkwi św. 
Jura i tak powiedział (cytuję z pamięci): A te- 
raz zwracam się do was, politycy z cerkwi 
św. Jura. Czego wy chcecie? Wyobraźcie 
sobie, że Polacy opuszczają Małopolskę 
Wschodnią. Przecież wy tutaj nie zosta- 
niecie sami, bo tu zaraz wejdzie sąsiad ze 
wschodu. Jakie to było straszne ostrzeże- 
nie, które sprawdziło się we wrześniu 1939 
roku. Mimo takich ostrzeżeń metropolita nie 
potrafił powstrzymać mordowania ludności 
polskiej, a tym samym robienia miejsca dla 
przybyszów ze wschodu. A powstrzymanie 
takie było jego obowiązkiem jako przywódcy 
Cerkwi i jako faktycznego przywódcy narodu 
ukraińskiego. Brak skutecznego działania 
z jego strony spowodował śmierć setek ty- 
sięcy bezbronnych ludzi i nie tylko nie po- 
mógł sprawie ukraińskiej, ale ostatecznie ją 
[na długie lata] pogrzebał. 
Metropolita Szeptycki umarł 1 listopada 
1944 roku śmiercią naturalną, ukończyw- 
szy 79 lat. Nikt mu życia nie odebrał, ale 
była to śmierć tragiczna w innym znaczeniu. 


U mierał człowiek, który wyrzekł się polskości 
- był bowiem wnukiem wielkiego polskiego 
pisarza Aleksandra Fredry - uczył się i stu- 
diował w Krakowie - dla wielkiego marzenia, 
jakim było pozyskanie wszystkich Ukraińców 
dla katolicyzmu, a więc pozyskania ich na 
Wołyniu, a szczególnie nad Dnieprem, tj. 
na właściwej Ukrainie. Stał się Ukraińcem 
wrogo ustosunkowanym do Polski, mimo 
że ta Polska wbrew realnym możliwościom, 
reprezentowana przez Piłsudskiego, dotarła 
w 1920 r. aż do Kijowa, by stworzyć państwo 
ukraińskie. Ale Ukraińcy okazji nie wykorzy- 
stali, nie stworzyli odpowiedniej własnej armii 
do walki z Rosją i w ten sposób zmarnowali 
jedyną [wówczas] okazję utworzenia własne- 
go państwa we właściwym miejscu, to jest 
nad Dnieprem. Jakoś Andrzej Szeptycki, 
uchodzący za duchowego wodza Ukraińców 
Małopolski Wschodniej, nie poparł idei utwo- 
rzenia państwa ukraińskiego nad Dniestrem. 
A jego rodzony brat, jako polski generał, 
walczył w latach 1919 i 1920. 
Tragedia metropolity Szeptyckiego była 
nie tylko tragedią najwyższego zwierzchni- 
ka Cerkwi greckokatolickiej, której wycho- 
wankowie dopuszczali się zbrodni ludobój- 
stwa (Stefan Bandera był synem księdza 
greckokatolickiego), nie tylko tragedią wodza 
duchowego Ukraińców, którzy swoim po- 
stępowaniem ułatwiali zadania swoim naj- 
większym wrogom ze wschodu, ale także 
tragedią człowieka, bo Niemcy zamordowali 
w zamojskiej Rotundzie jego brata Alek- 
sandra Szeptyckiego, jako Polaka, a bandy 
ukraińskie - drugiego polskiego brata Le- 
ona Szeptyckiego w Przyłbicach pod Ja- 
worowem. Z tym bratem zginęła jego żona 
Jadwiga z Szembeków, która dobrowolnie 
poszła na śmierć razem z mężem. 


Ze smutkiem żegnamy naszego Przyjaciela, zauroczonego Ziemią Stanisławowską, 


śp. inżyniera HENRYKA KOLASĘ 
inicjatora i wykonawcę wraz z Pracownikami Energopolu pamiątek polskości w Stanisławowie, 
m.in. kościoła Chrystusa Króla, budowy pomnika Pamięci Pomordowanych w Czarnym Lesie 
i pomnika na barbarzyńsko zniszczonym zabytkowym Cmentarzu w Stanisławowie. 
Za chwalebne zasługi został wyróżniony Honorowym Członkowstwem 
Krakowskiego Koła Stanisławowian, Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej 
oraz Złotą Odznaką TMLiKPW. 
Łączymy się z Rodziną w serdecznym żalu i modlitwie 


WDZIĘCZNI STANISŁAWOWIANIE 


16
		

/p0019.djvu

			Zapewne metropolita Szeptycki nie 
chciał rozlewu krwi czyjejkolwiek; niewąt- 
pliwie był człowiekiem Bogu oddanym, ale 
jego wielkim błędem, a tym samym wielką 
winą było to, że swoim przybranym roda- 
kom nie potrafił wskazać właściwej drogi 
i właściwego celu. A na tej właściwej dro- 
dze leżała współpraca z narodem polskim 
- w interesie polskim, a zwłaszcza ukra- 
ińskim. Zamiast współpracy było tępienie 
ludności polskiej. 
Jakże teraz, kiedy jest jeszcze żywa pa- 
mięć ludobójstwa, można zabiegać o wynie- 
sienie Szeptyckiego na ołtarze? Kiedy wielu 
ludzi uważa go za przywódcę bandytów? 
Pogląd autorki wspomnianego na początku 
listu nie jest odosobniony. Jest to pogląd ty- 
powy dla ludzi prostych, którzy przeżyli lata 
1939-1945 w Małopolsce Wschodniej. 
Tu trzeba zwrócić uwagę, że ci z Polaków 
- dotyczy to także księży rzymskokatolickich, 


może i części polskiego Episkopatu - którzy 
bez należytego rozeznania idą obecnie na 
lep głupiej i kłamliwej propagandy ukraińskiej 
(może inspirowanej przez prowokatorów) 
i na gwałt chcą zrobić z Polski coś w ro- 
dzaju "inkubatora ukrainizmu" z "świętym" 
Andrzejem Szeptyckim jako patronem, nie 
tylko nie pomagają, ale wręcz bardzo szko- 
dzą właściwemu ułożeniu przyszłych stosun- 
ków polsko-ukraińskich. Zacząć trzeba od 
właściwego, tj. zgodnego z prawdą, przed- 
stawienia układania się stosunków polsko- 
-ukraińskich. Młodsze generacje nie znają 
historii, nawet tej najnowszej. 
W każdym razie byłoby dobrze, gdy- 
by poczynania księży rzymskokatolickich 
w sprawach ukraińskich były polskie, tj. były 
zgodne z polską racją stanu, a przynajmniej 
nie powodowały takich odruchów, jak ten, 
który przedstawia autorka listu cytowanego 
na początku. 



 kamienieckiej. Mając doborowe wojsko, 

 chciał zaskoczyć obrońców i przybyć pod 
C/) Kamieniec w nocy, by rano zaatakować 
Q) 
N Z trzech stron. Jednak Tatarzy lipkowscy, 
.
 którzy byli przewodnikami, podczas dżdży- 

 stej nocy pomylili drogę i wojska zjawiły się 
,g w dzień. Zaczęto zatem z początkiem wrześ- 

 nia sypać działobitnie i ustawiać działa, ale 6 
-g września Turcy, wykorzystując pijaństwo żoł- 
nierzyobozu litewskiego, nocązorganizowali 
wycieczkę i zrzucili sześć największych dział 
w wąwóz, zabijając 80 osób. To zniechęci- 
ło atakujących i skłoniło do wycofania się. 
Przez kolejne lata nadal bezskutecznie pró- 
bowano blokować Kamieniec. W roku 1692 
rozpoczęto budowę Okopów Świętej Trójcy, 
by odciąć twierdzę od dowożonych zapasów. 
Wreszcie na mocy traktatu karłowickiego 
w 1699 roku Kamieniec Podolski wrócił do 
Rzeczypospolitej. 22 września 1699 roku 
po wcześniejszym wywiezieniu dział i hau- 
bic opuścili Turcy już podupadłą twierdzę. 
I choć na początku XVIII wieku rozpoczęto 
prace fortyfikacyjne (między innymi pogłę- 
biono fosy, zbudowano nowy most między 
zamkami), nigdy już Kamieniec Podolski, 
podobnie jak i cała Rzeczypospolita, nie od- 
zyskał dawnej świetności i sławy. Jak pisał 
Piotr Derej: przez cały XVIII wiek Kamieniec 
Podolski był sennym, małym miasteczkiem, 
zagubionym gdzieś w stepach południowo- 


wschodniej Polski, gdzie rzadko kto zaglądał 
oraz gdzie diabeł mówił dobranoc. Straciła 
też swoje znaczenie twierdza. Turcy nie byli 
już wrogami, a wojska carskie omijały Podo- 
le. W latach 1709-1721 stronnicy króla Sta- 
nisława Leszczyńskiego przy wsparciu Ta- 
tarów kilkakrotnie wtargnęli na Podole, lecz 
nie dochodziło do oblężeń fortecy. W roku 
1773 więźniem Potockich umieszczonym 
w Kamieńcu był niespełna roczny Stani- 
sław Antoni Poniatowski, późniejszy król 
polski. Już jako król Stanisław August był 
w Kamieńcu trzykrotnie (1766,1775 i 1787). 
W latach 1768-1770 bezskutecznie próbo- 
wali twierdzę zdobyć konfederaci barscy. 
Chcieli tu założyć swoją stolicę. W czasie 
wojny polsko-rosyjskiej w obronie Konsty- 
tucji 3 Maja twierdza była blokowana przez 
wojska rosyjskie. Dopiero na rozkaz króla 
generał Orłowski wydał ją w ręce targowi- 
czan. Kamieniec Podolski - przedmurze 
chrześcijaństwa, wielki pomnik niepodle- 
głości i potęgi Polski, gwarant panowania 
Korony nad Podolem - w 1773 roku został 
oddany bez walki przez komendanta Złot- 
nickiego wraz z uzbrojeniem i garnizonem 
w ręce wojsk carskich. W wyniku drugiego 
rozbioru Polski Podole razem z Kamieńcem 
znalazły się pod panowaniem Rosji. Smutno 
skończył się polski okres w dziejach twier- 
dzy nad Smotryczem. 


17
		

/p0020.djvu

			Ze Stanisławem 
Sroko wsk i m 
rozmawia Janusz M. Paluch 


Rajd kolarski młodzieży ukraińskiej po- 
święcony pamięci Bandery wywołał w polskich 
mass mediach - niestety - różne reakcje. Mó- 
wię "niestety", gdyż jestem zdania, iż polska 
reakcja winna być jednoznaczna. Trudno bo- 
wiem honorować w Polsce pamięć osoby, któ- 
ra stworzyła podwaliny ideologii ludobójstwa, 
jakiego dokonali Ukraińcy na Polakach na 
Kresach. Jaka była Pańska pierwsza reakcja 
na wiadomość o tym rajdzie? 


Gniew i oburzenie. Od razu ostro zare- 
agowałem. Napisałem list do prezydenta, 
premiera, ministrów, mediów. A brzmiał on 
tak: Środowiska kresowe, ludzie uczciwi i da- 
lekowzroczni, mają rację, protestując prze- 
ciwko propagandowemu rajdowi kolarskie- 
mu przez Polskę. Grupa dzieci i młodzieży 
z Ukrainy, zmanipulowana przez cyniczne 
i wpływowe kręgi faszystowskie na Ukrai- 
nie, pragnie oddać hołd wielkiemu zbrod- 
niarzowi, mordercy setek tysięcy Polaków, 
Żydów, Ormian, Czechów i innych narodów 
zamieszkujących II Rzeczpospolitą - Ban- 
derze. To polityka Bandery, OUN i UPA 
doprowadziła do ludobójstwa na Kresach. 
Protestować powinna cała Polska, bo to nie 
tylko problem najbardziej doświadczonych 


18 


kresowian, to problem polskiej godności na- 
rodowej i odpowiedzialności na za państwo. 
Ukraińscy faszyści sprawdzają, jak daleko 
się mogą posunąć w prowokacji. Dziś rajd 
czczący Banderę, a jutro każą polskiemu 
premierowi i prezydentowi składać kwiaty 
pod pomnikami morderców. Strusia polity- 
ka polskich władz coraz bardziej ośmiela 
i zachęca odradzający się na Ukrainie fa- 
szyzm do takich czynów. Prowokacja ukra- 
ińska prowadzi do rozbudzania nienawiści 
i wrogości w Europie, sieje zło i niszczy 
z takim trudem budowany pokój i porządek 
moralny. Stając po stronie ofiar ludobój- 
stwa, stanowczo potępiam odradzanie się 
idei faszystowskich, kontynuatorów polityki 
niszczenia i zabijania. 
PS W przypadku, gdyby władze polskie 
zachowały się nieodpowiedzialnie i przepuś- 
ciły przez Polskę czcicieli faszyzmu, nale- 
żałoby ich "przywitać" krzyżami i trumnami 
ustawionymi na trasie. Może by te trum- 
ny uprzytomniły młodym ludziom, w co się 
wdali wciągnąć. 
Na ten list odpowiedziało mi MSWiA, 
informując już pod powstrzymaniu rajdu, 
że władze odpowiednio zareagowały. Ale 
ja już o tym wiedziałem. 


Podejrzewam, że kiedy opadły emocje, 
podjął pan decyzję o napisaniu - tego słynne- 
go już -listu do ministra spraw zagranicznych 
Radosława Sikorskiego. To była oferta, czy 
prośba, o zorganizowanie spotkania z mło- 
dzieżą ukraińską, uczestnikami rajdu? 
Zastanawiałem się, jak prowokatorzy wy- 
tłumaczą ukraińskim dzieciom, że nie wpusz- 
czono ich do Polski. Bo przecież dzieci nie 
wiedziały, jakie były kulisy tego wydarzenia. 
Bałem się, czy manipulatorzy nie zasieją 
w nich ziarna nienawiści, tłumacząc: - Wi- 
dzicie, jacy ci Polacy niedobrzy, nie wpuś- 
cili was na zwykłą przejażdżkę. Chciałem 
się zorientować, kim są te dzieci, jak są 
wychowywane, jakie mają ideały. Dlatego 
wystąpiłem z ofertą-prośbą. Oto fragmenty 
tego listu: 


Szanowny Panie Ministrze... 
Jestem pisarzem i pedagogiem. Interesu- 
ją mnie źródła i inspiracje tego wydarzenia. 
Chciałbym porozmawiać z młodzieżą o jej 
wyborze i motywach postępowania. Chciał- 
bym zrozumieć jej sposób myślenia i odczu-
		

/p0021.djvu

			wania, zorientować się, w jakim systemie 
warlości jest wychowywana i jaką ma wizję 
świata. I czy w tej wizji mieści się poszukiwa- 
nie prawdy o własnej przeszłości i przeszło- 
ści ziemi, na której żyje, dojrzewa, kształci 
się i buduje własną tożsamość. Chciałbym 
się zorientować, co wie o polskiej tradycji 
na tych ziemiach. I co znaczy dla niej słowo 
bohater. Jedna bowiem z propagatorek tego 
rajdu powiedziała do rowerzystóV\l, że powinni 
naśladować Banderę. Chciałbym wiedzieć, 
w czym powinni naśladować Banderę. I w jaki 
sposób pragną kształtować swoje stosunki 
z koleżankami i kolegami z Polski. I w oparciu 
o jaką aksjologię. Za kilkanaście lat to poko- 
lenie będzie nadawać ton ukraińskiej polityce, 
będzie układać stosunki między Polakami 
i Ukraińcami. Warlo więc rozmawiać. 
Byłbym wdzięczny, gdyby Pan Minister 
poprzez swoje służby dyplomatyczne umoż- 
liwił mi takie spotkanie. Dodam, że żyję 
dzięki Ukraince, która uratowała mi życie 
w czasie banderowskiego ludobójstwa na 
polskich Kresach. Wtedy został zamordo- 
wany siekierami mój dziadek, a ofiarami 
zbrodni padła duża część mojej rodziny. 
Być może moja opowieść, jako świadka 
tamtej tragedii, przyczyni się do głębszego 
poznania przez ukraińską młodzież histo- 
rii tamtego regionu i lepszego zrozumienia 
naszych uczuć i reakcji na zamiar uczcze- 
nia w Polsce Bandery, głównego sprawcy 
mordów na Polakach, Żydach, Czechach, 
Ormianach i samych Ukraińcach. 
Myślę, że dialog bez uprzedzeń, szczery 
i otwarly, stałby się dużą warlością. Zamknię- 
cie bowiem drogi rowerzystom do Polski nie 
rozwiązuje problemu. 


Czy otrzymał pan od ministra odpo- 
wiedź? 
Nie, do dzisiaj nie otrzymałem odpowie- 
dzi. Pan minister lekceważy problem. Na 
skutki lekceważenia nie będziemy długo 
czekać. Następna prowokacja ukraińskich 
faszystów puka już do naszych drzwi. 


Czy mógłby pan bardziej sprecyzować swe 
domniemanie? 
Poważny i rzetelny ukraiński badacz, histo- 
ryk Wiktor Poliszczuk prezentuje w jednej ze 
swoich książek (Gorzka prawda) "Fragmenty 
uchwały Krajowego Prowidu OUN", podjętej 
22.06.1990. A w tej uchwale czytamy: 


Przede wszystkim należy narzucić Po- 
lakom nasz punkt widzenia na historię i na 
stosunki ukraińsko-polskie. Nie dopuścić do 
głoszenia, że L WÓV\l, Tarnopol, StanisławóV\l, 
Krzemieniec i in. kiedykolwiek odgrywały 
rolę polskich ośrodków kultury. Zawsze to 
były ośrodki kultury ukraińskiej. Polacy nie 
odgrywali w nich najmniejszej roli, a to, co 
o nich dzisiaj się głosi, zaliczyć należy do 
polskiej szowinistycznej propagandy... 
I dalej: Wykazywać, że UPA nie tylko 
nie znęcała się nad Polakami, ale prze- 
ciwnie, brała ich w obronę przed hitlerow- 
cami i bolszewikami... Nigdy nie zależało 
nam na sile Polski i teraz nie zależy, wręcz 
przeciwnie, na jej osłabieniu wewnętrznym 
i międzynarodowym... Zależy nam na tym, 
by w Polsce istniała słaba służba wewnętrz- 
na (i kierowana przez ludzi nam życzliwych) 
i słaba, nieliczna armia. Zależy nam także 
na rozbiciu narodu polskiego.... 
Jeśli ktoś uważnie obserwuje polskie re- 
alia, to widzi, że nasze służby wewnętrzne 
i ich siła nieustannie poddawane są próbie. 
Ostatnim przykładem był ów słynny rajd 
szlakiem Bandery. Gdyby nie stanowcza 
postawa kresowian, skandal by się zdarzył. 
I służby by się skompromitowały. Z pewnoś- 
cią kolejne prowokacje nastąpią. Oczekujmy 
w Polsce nowego pomnika, nowego popier- 
sia, nowej tablicy pamiątkowej poświęconej 
Banderze, spodziewajmy się kolejnego raj- 
du czy wydawnictwa, które nas zaatakuje. 
To wszystko stoi za progiem. Bo Ukraińcy 
robią, co chcą, a nasze władze przymykają 
na to oczy. Czyli w gruncie rzeczy godzą 
się na to. I o to faszyzującej części Ukra- 
iny chodzi. 


Co Pan chciał powiedzieć młodym lu- 
dziom? Czego pan się spodziewał po takim 
spotkaniu? 
Chciałem podać im fakty, pokazać doku- 
menty, opowiedzieć, jak przeżyłem wojnę, 
słowem, chciałem rzeczowo i konkretnie po- 
rozmawiać o ludobójstwie, o czymś, o czym 
oni nie wiedzą. Bo na Ukrainie wstydliwie 
ukrywa się prawdę. A do programów szkol- 
nych wtłacza się fałszywą wiedzę. W tym 
roku wchodzą nowe podręczniki historii do 
ukraińskich szkół. I okaże się, że w Europie 
panują dwa systemy wartości. Morderców 
nazywa się bohaterami. A później zdezorien- 
towana ukraińska młodzież, gdy się dowie 


19
		

/p0022.djvu

			prawdy, będzie się dziwić, że jej bohaterowie 
mordowali dzieci. To bomba z opóźnionym 
zapłonem. Nieszczęście, którego skutków 
można się tylko domyślać. 


To, co się dzieje na Ukrainie, musi niepoko- 
ić każdego. Odradzanie się organizacji nacjo- 
nalistycznych za przyzwoleniem państwowych 
władz ukraińskich, wznoszenie pomników bo- 
haterom ukraińskim, którzy mają na rękach 
krew Polaków, nie nastraja optymistycznie na 
przyszłość stosunków polsko-ukraińskich. 
To bardzo groźne zjawisko. Nie wolno 
go lekceważyć. Na Ukrainie działa partia 
"Swoboda", Kongres Ukraińskich Nacjonali- 
stów, inne ugrupowania faszyzujące. To one 
budują aurę bohaterstwa wokół zbrodniarzy. 
A ukraińscy politycy wspierają te organiza- 
cje, schlebiają im. Szczególnie wspiera je 
prezydent Juszczenko, którego tak bardzo 
hołubi nasz prezydent Kaczyński. To wielki 
błąd, który się na nas odbije. 


Dlaczego polskie władze państwowe w ża- 
den sposób nie reagują na wrogie Polce akty 
polityczne? 
To strusia polityka. Do niczego dobrego 
nie doprowadzi. Poklepywanie po plecach 
i kurtuazyjne uśmiechy przykrywają tylko 
tkwiące głęboko zło. Tym złem jest odradza- 
jący się na Ukrainie faszyzm. Tym złem jest 
milczenie polskich władz wobec straszliwych 
zbrodni, wobec wymordowania 200 tysięcy 
Polaków, Żydów, Ormian, Czechów. Apro- 
bata w postaci biernej polityki, przemilcza- 
nia zła tylko ośmiela kontynuatorów polityki 
Doncowa, Bandery, Szuchewycza i innych. 
Nie słyszałem, by polski minister spraw za- 
granicznych, premier czy prezydent potępili 
akcje stawiania zbrodniarzom pomników. 
Aco by się stało, gdyby Hitlerowi Niemcy po- 
stawili pomnik w Berlinie!? 
Cała Europa by krzyczała. 
A tymczasem Europa mil- 
czy, gdy stawia się pomni- 
ki SS Galizien na Ukrainie. 
Wstyd! I hańba takiej Eu- 
ropie. Polityka wschodnia 
Polski jest beznadziejna. 
Nasz prezydent wspiera 
bankruta politycznego na 
Ukrainie, jakim jest pre- 
zydent Juszczenko, które- 
go notowania sięgają za- 


20 


ledwie 3-5% społecznego poparcia A więc 
sami zdrowo myślący Ukraińcy go nie chcą, 
a nasi władcy na siłę go bronią. 


Przesłanie literackie, historyczne płyną- 
ce z pańskich książek ma na celu przybliżyć 
problematykę dramatu Polaków na Kresach. 
Pańska twórczość jest też tą przysłowiową 
"deską ostatniego ratunku" między współ- 
czesnością a tamtą przeszłością, która blokuje 
drzwi do ciemnego pomieszczenia z napisem 
"niepamięć" czy "zapomnienie". Dla kogo pan 
pisze swoje książki (mam tu na myśli te, które 
dotyczą tematyki kresowej)? Kto je czyta? 
Kto przychodzi na spotkania z panem? Czy 
wśród czytelników jest młodzież? Czy raczej 
osoby starsze wywodzące się z kresowych 
kręgów? 
Moje kresowe książki są adresowane 
do wrażliwych czytelników: młodzieży, doro- 
słych, kresowian, wszystkich, którzy pragną 
poznać świat ukrywany, tajony i fałszowany. 
To książki, które odsłaniają ciemne karty 
historii, pokazują świat w dramatycznym 
ujęciu, a zarazem poprzez sytuacje, postaci, 
narrację, emocje i akcję uwrażliwiają na zło, 
budzą sumienia, ośmielają do stawania po 
stronie prawdy. Czytająje licealiści, studen- 
ci, ludzie dojrzali, kresowiacy i nie tylko oni. 
Sięgają po nie nauczyciele i inżynierowie, 
ludzie boleśnie doświadczeni i ci, którzy 
wchodzą w życie dorosłe. Ja pokazuję nie 
tylko tragedię, ale też urok ziemi kresowej, 
jej ogromne bogactwo, czar miast, potęgę 
piękna, naturę, miłość, poszukiwania ładu. 
Opowiadam, jak przez ponad 600 lat ludzie 
się zżywali z sobą, poznawali odmienne 
religie, obyczaje, języki, świątynie, rytua- 
ły, stroje, jak się wspomagali i budowali 
wspólne życie. Kresy to wielki eksperyment 
dziejowy. Tygiel narodów, kultur, idei, jakby 
wzór dla świata. 


Pierwsze książki, które poruszyły tematykę 
ekspatriantów z Kresów, ukazały się w po- 
czątkach lat osiemdziesiątych XX w. Były to 
opowieści Haliny Anderskiej "Ptasi gościniec" 
i "Babie lato". Pan wtedy był już aktywnym 
twórcą. Jakie jest pańskie zdanie na temat 
- już trochę zapomnianych, a może szkoda 
- powieści, które w rzeczywistości PRL-u po- 
ruszyły czytelników. 
Książki Auderskiej powstawały mniej wię- 
cej w tym samym czasie co moje. Zbiera-
		

/p0023.djvu

			łem materiał w latach siedemdziesiątych. 
Auderska miała więcej szczęścia. Szybko 
opublikowała. I nie pokazała ludobójstwa. 
Ja musiałem czekać długo. Na początku lat 
osiemdziesiątych ukazały się Duchy dzie- 
ciństwa, a dużo później Repatrianci. Warto 
przy okazji powiedzieć, że pierwotny tytuł 
brzmiał Wypędzeni, ale powieść ukazała się 
pod innym tytułem. Protestował przeciwko 
niej ambasador sowiecki Aritstow. Twierdził, 
że godzi ona w przyjaźń polsko-radziecką. 
Maszynopis leżał na półce do 1988 roku. 
A potem cenzura chciała książkę pociąć, ale 
nie pozwoliłem. Gdy się opozycja dogadała 
z komunistami, cenzura popuściła i książka 
pojawiła się w księgarniach. Została wówczas 
uznana przez czytelników za książkę roku. 
Była wtedy prawdziwym bestsellerem. 


Jestem przekonany, że książki związane 
z tematyką kresową powstałyby znaczn ie 
wcześniej, gdyby nie cenzura. Proszę opo- 
wiedzieć o swoich zmaganiach z cenzurą. 
No, właśnie. Jest o czym opowiadać. 
Niedawno wspominałem o walce z cenzurą 
w "Arcanach"(nr 1 /2009). Cenzura siadała 
na moich wierszach i powieściach. Cenzura 
polityczna, jak powiedziałem, zablokowała 
Wypędzonych (Repatriantów). Odbywało 
się posiedzenie jakiegoś ważnego gremium 
polskich komunistów, PZPR, poświęcone 
kulturze. I na tym posiedzeniu był sowie- 
cki ambasador, Aristow. A zgromadzeniu 
przewodniczył, jak mi wyjaśniał wydawca, 
członek Komitetu Politycznego PZPR Czy- 
rek. Kierownikiem Wydziału Kultury był zaś 
prof. Nawrocki. On przy jakiejś okazji po- 
twierdził to wydarzenie. Kiedy omawiano 
książki, sowiecki ambasador spytał o Re- 
patriantów. Czy wydawca chce tę książkę 
wydać, bo on uważa, że nie wolno jej pub- 
likować. Dlatego musiała czekać na lepsze 
czasy. Kiedyś miałem z cenzurą krakowską 
ciekawe zdarzenie. Publikowałem w Wy- 
dawnictwie Literackim tomik wierszy. I był 
tam taki pastisz: 
A po kraju krążą słuchy, 
Że dyrygent całkiem głuchy... 
Cenzura krakowska przyczepiła się do 
tego "dyrygenta", w którym dostrzegła Go- 
mułkę i nijak nie chciała się zgodzić, by 
wiersz puścić. Radzili, radzili, aż uradzili, 
że "kraj" zamienią na "salę". I w ten sposób 
już "głuchy dyrygent" nie dyrygował krajem, 


ale jakąś tam niezidentyfikowaną salą. Ta- 
kie to były czasy. 


Jestem pod wrażeniem książki Nienawiść. 
Spojrzenie okiem dziecka na straszny świat 
wojny, wołyńskiej pożogi jest porażający. 
Nienawiść wyrosła z moich doświad- 
czeń kresowych, z czasu wojny, straszli- 
wych rzezi na mojej ziemi, kiedy Ukraińcy 
zamienili się w dzikie potwory i poddawali 
okrutnym tortu rom dziesiątki tysięcy swoich 
ofiar. W tym zbiorze opowiadań występuje 
niemal cała moja rodzina, matka i ojciec, 
dziadek Ignacy i dziadek Piotr, wujek Ma- 
rian i wujek Tośko, znajomi, krewni, świad- 
kowie mordów, autentyczne, realistyczne 
postaci. Męczeńską śmierć, jaką zadawali 
banderowcy, opisuję z perspektywy małego 
dziecka. Trzeba wiedzieć, że ludobójstwo 
na Kresach to nie tylko Wołyń. Na Woły- 
niu zaczęły się mordy na wielką skalę. Być 
może dlatego, że najłatwiej się tam można 
było Polaków pozbyć. Stanowili niepełna 
17% mieszkańców i nie mieli szansy na 
stawianie wielkiego oporu. Dodajmy, że ich 
dziadowie i pradziadowie aktywnie wspierali 
powstańców listopadowych i styczniowych. 
Być może chodziło o wytępienie potomków 
powstańców w pierwszej kolejności. W ciągu 
kilku dni, zaczynając od 11 lipca 1943 roku, 
Ukraińcy wyrżnęli ponad 160 miejscowości. 
Spalili wsie, kościoły, wymordowali księży 
przy ołtarzach, ministrantów, dzieci, kobiety, 
starców. Potem ta pożoga przeniosła się na 
Podole i Pokucie, objęła cztery wojewódz- 
twa: Wołyń, Tarnopol, Lwów, Stanisławów, 
Polesie, częściowo Lublin. Moja książka uka- 
zuje ten czas. A w niej, jak w lustrze, odbija 
się okrucieństwo tamtego czasu. 


Ostatnia Pana książka - Ukraiński kocha- 
nek - to obszerna powieść, której akcja za- 
czyna się w okolicach Kołomyi wiele lat przez 
wybuchem II wojny światowej. 
Ukraiński kochanek to pierwszy tom sagi 
kresowej, w którym znajdą czytelnicy wielką 
panoramę polskich Kresów, ich wielkość, 
potęgę i dramat. Bohaterowie wywodzą się 
z wielu kultur: polskiej, ukraińskiej (rusiń- 
skiej), bojkowskiej, żydowskiej, niemieckiej, 
rosyjskiej itp, itd. Istotnie, akcja obejmuje 
czasy przedwojenne i pierwsze lata wojny. 
Kończy się na jesieni 1943 roku. Główne po- 
staci to polska dziewczyna i chłopiec z krainy 


21
		

/p0024.djvu

			Bojków. Ich dramatyczna miłość, osadzo- 
na w konkretnych realiach historycznych, 
stanowi fabułę powieści. Poznajemy w niej 
klimat przedwojennego Lwowa, postaci tam- 
tego miasta, życie i urok małych miasteczek 
i niezwykły świat minionego czasu. 


Pańska następna książka, która ukaże się 
jesienią tego roku również w krakowskim Wy- 
dawnictwie Acana, będzie kontynuacją Ukra- 
ińskiego kochanka. Czy może pan zdradzić 
jakieś tajemnice? 
Obecnie na rynek wchodzi powieść Zdra- 
da. To drugi tom Ukraińskiego kochanka. 
Akcja przesuwa się w czasie i obejmuje lata 
1943-1944. Książka odsłania kulisy życia 
indywidualnego na Kresach, ale też życia 
zbiorowego, społecznego, pokazuje miłość 
i zdradę, kobietę i mężczyznę, działania 
ukraińskich band, toczącą się wojnę, hero- 
iczną postawę i dramat AK. Zajrzycie Pań- 
stwo do Lwowa, Stanisławowa, na Podole, 
Pokucie i Wołyń. Poznacie też inne krainy. 
Dużo ta powieść mówi o nas, Polakach, 
o naszych lękach, o tym, jacy jesteśmy, 
co wiemy sami o sobie, czego chcemy, ku 
czemu dążymy, i o innych nacjach. Słowem, 
wizerunek i magia naszego losu. 


Jakie są Pańskie dalsze plany twórcze? 
Obecnie pracuję nad trzecim tomem tej 
kresowej sagi. Będzie w nim bardzo dużo 
niespodzianek. 


Serdecznie dziękuję panu za rozmowę. 


Q. 
STANISŁAW SROKOWSKI, pisarz - poeta, t 
prozaik, dramaturg, krytyk literacki, publicysta, co 
:s2 
z wykształcenia pedagog. Urodzony w rodzinie CI) 
chłopskiej w Hnilczu k. Podhajec. Po ekspatriacji 
 
osiedlił się wraz z rodzicami w woj. szczeciń- e 
skim. W 1960 r. ukończył Wyższą Szkołę Peda- CI) 
gogiczną w Opolu. Pracę podjął w Technikum 
Elektroenergetycznym w Legnicy (1960-68). Po 
 
wydarzeniach marcowych 1968 r. z powodów 
 
politycznych zmuszony do opuszczenia szko- rn 
ły. W latach 1968-69 pracownik Klubu Seniora Q. 
we Wrocławiu. 1970-81 dziennikarz tygodnika 
 
"Wiadomości". Przez pewien czas red. naczel- 
 
ny "Kultury Dolnośląskiej". Po stanie wojennym E 
wyrzucony z pracy. Blisko dwa lata bezrobotny. -E 
W okresie 1983-89 na wygnaniu w Zagłębiu co 
Miedziowym w Lubinie. Tam prowadził działalność 5 
!.... 
opozycyjną w "Solidarności Walczącej". W latach Ci) 
1990-1993 wykładowca Uniwersytetu Wrocław- 
skiego. 1993-94 bezrobotny. Od 1995 red. naczel- 
ny unikalnego czasopisma edukacyjno-twórczego 
dla dzieci i młodzieży "Nowe Twarze". Przez wiele 
lat należał do Związku Literatów Polskich oraz 
ZAIKS-u. Po rozwiązaniu ZLP po stanie wojennym 
nie uczestniczy w życiu organizacyjnym związków 
literackich. Należy do Stowarzyszenia Tłumaczy 
Polskich. Brał udział w wielu działaniach na rzecz 
odnowy moralnej, społecznej i politycznej kraju. 
Założyciel "Solidarności" w redakcji "Wiadomości", 
doradca ZW NSZZ "Solidarność" RI we Wrocławiu 
i współorganizator Związków Twórczych i Sto- 
warzyszeń Naukowych. Przewodniczący klubu 
"Odrodzenie". Współtwórca stowarzyszenia kul- 
turalnego współpracy polsko-ukraińskiej "Biały 
Ptak". Twórca i pierwszy prezes Towarzystwa 
Polsko-Greckiego we Wrocławiu. Współzałożyciel 
Instytutu Wincentego Witosa. Debiutował jako 
poeta i prozaik w 1958 roku w Opolu. 



 
o 

 
(\j 

 
 

O" 
'- o 
NO 
:gN 
O ,
 
N C 
(]) 'v) 
N (]) 
I..... N 
0.1..... 
(]) 5 

r---- 
E
 

,
 
I..... C 
OD 
E 5 
o 
 
o.D- 
-6
 
'- :J 
(\j 
 
Dl-- 
(]) '- 


 


22
		

/p0025.djvu

			. 


. 



 


Moi rodzice to Zofia z domu Cit- 
ków i Franciszek Jóźków, urodzeni 
i wychowani w Chorostkowie*, pow. 
Husiatyn, od 1926 roku Kopyczyńce, 
obecnie ponownie Husiatyn, dlatego 
tak często nazywam te okolice "H u- 
siatyńskim Podolem". 
Mój ojciec Franciszek Jóźków 
urodził się w 1902 r., zmarł w 1986 r. 
w Żmigrodzie, pow. Milicz, obecnie 
pow. Trzebnica, 48 km od Wrocławia. 
Moja mama, ur. w 1908 r., zmarła 
w 1994 r. w Miliczu. Od 10. roku ży- 
cia była sierotą. Rodzice są pochowani na 
cmentarzu parafialnym w Żmigrodzie. 
Rodzice urodzili się w zaborze au- 
striackim, nie było jeszcze wolnej Polski. 
W 1914 r. ojciec miał 12 lat, a jego star- 
szy brat 14. Po wcieleniu mego dziadka, 
a ich ojca do armii austriackiej obaj wraz 
ze swoją mamą i czworgiem młodszego 
rodzeństwa musieli ciężko pracować na go- 
spodarstwie rolnym na swoje utrzymanie; 
naj młodsza siostra ojca, urodzona w 1914 
r., miała zaledwie kilka miesięcy. W styczniu 
1918 r. najstarszy brat ojca Teodor poszedł 
na wojnę; był na froncie włoskim i tam dostał 
się do francuskiej niewoli, do domu wrócił 
w grudniu 1918 r. 
W 1914 r. mama miała 6 lat, było ich 
sześcioro rodzeństwa. Najstarszy brat Mi- 
chał, późniejszy legionista, obrońca Lwo- 
wa, od 1926 (?) roku zawodowy wojskowy 
w 40 pp we Lwowie, miał 15 lat i ukończo- 
ne 4 klasy gimnazjum austriackiego. Naj- 
młodszy brat mamy, urodzony w 1914 r., 
w chwili gdy ich ojciec szedł na wojnę, miał 
zaledwie 8 miesięcy. W 1918 r. mama i jej 
rodzeństwo zostali sierotami; ojciec zginął 
na wojnie w Wołoczyskach, a matka zmarła 
w Chorostkowie na tyfus. 
Mój ojciec, dzięki wychowaniu, jakie wy- 
niósł z domu rodzinnego, już dobrze rozu- 
miał, że jest Polakiem. W 1920 roku miał 
18 lat, a w latach 1923-1925 służył w Woj- 
sku Polskim, w 6 Pułku Artylerii Ciężkiej we 
Lwowie. W latach 1926-1930 był na zarobku 
w Kanadzie, ale jeszcze przed jego wyjaz- 
dem w styczniu 1926 r. rodzice wzięli ślub 
w Chorostkowie. 


W latach szkolnych mego ojca w rodzin- 
nym mieście moich rodziców była już świa- 
domość polska i Polska była już w sercach 
Polaków. Był polski kościół, w którym mod- 
lono się po polsku (na co dzień rozmawiano 
po rusku). W szkole językiem nauczania był 
polski, były polskie organizacje młodzieżo- 
we i to był początek repolonizacji husiatyń- 
skiego Podola. 
Po latach ojciec uświadomił sobie, że 
Chorostków już wcześniej przygotowywał 
się do roku 1918. Nauczyciele chorostow- 
skiej szkoły tacy jak: Kozłowski, Nowaczyk, 
Liskowski (Laskowski) i inni, już w 1912 
r. zwoływali młodzież polską na ćwicze- 
nia fizyczne do Sokolni (polski Dom Ludo- 
wy w Chorostkowie, którego budowę za- 
kończono w 1912 r. jako Dom "Sokoła"). 
Do repolonizacji parafii rzymskokatolickiej 
w Chorostkowie w dużej mierze przyczynił 
się ówczesny proboszcz ks. kanonik Kazi- 
mierz Głowiński (podobno uczestnik powsta- 
nia styczniowego 1863/1864). 
W roku 1918 wyszedł z Chorostkowa 
pierwszy 113-osobowy patrol wojskowy, gru- 
pa młodzieży polskiej na czele z polskim 
nauczycielem, panem Kozłowskim. Wśród 
Polaków była wielka radość, niestety zbyt 
krótka, bo po odmaszerowaniu młodzieży 
polskiej, w tym najstarszego brata mamy 
Michała, na front przyszli Rusini, czyli Ukraiń- 
cy. Chorostkowscy Polacy byli świadomi, że 
coś się dzieje, że będą zmiany, że Austria 
już nie wróci, że "kiełkuje" Polska, z czego 
nie byli zadowoleni Rusini (Ukraińcy). Pola- 
cy już wiedzieli, że walczą Legiony Polskie 
(wśród nich Michał, brat mamy). Najbardziej 


ru' E 
OQ 
-ł---JC!.J-' 
:J '- 
ru o. 
Q)
 
'- l- 
50. 
o N 

I 
D 
ru
 
'- Q) 
N N :> 
DVJ> 
'- 'o 
!\Ju
 
N C -ł---J 
D ru '- 
Q)I-U 
'L/) LL :J 
:J C E 

 
o 
D..c D 
o u 
,t;:) '- N 
:::> 'ey ru' 
::>5
 
O-:ru o 
r<)I-N 
-........ Q ru 
COOC 
r<) 0.0 
O'- N 

 5' o 
:>' 'o OJ 
> 
 Q) 
'o 'N '-' 

 'o ,- 
'N I I 
'o c 
IruE 
ru I Q) 
C '-- 
'- ru 
Nru D 
DCQ) 
o Q) E 
O:::::..=:: 


23
		

/p0026.djvu

			Grobowiec rodziny Citków na cmentarzu parafialnym 
w Chorostkowie. Zdjęcie z lat 40. XX w. 


oczekiwali zmian tacy 
jak mój ojciec, dorastali 
bowiem w latach 1914- 
-1918 czekali na wol- 
ną Polskę, tak zostali 
wychowani przez swo- 
ich rodziców, Polaków 
z Chorostkowa. To my 
jesteśmy spad kobierca- 
mi tych, którzy w latach 
1918-1920 wywalczyli wolną Polskę po 146 
latach porozbiorowej niewoli, tylko uszanuj- 
my ten sukces przepłacony ich krwią. 
10 sierpnia 1926 roku (przewrót majo- 
wy 12-14 maja 1926) mój ojciec na 4 lata 
wyjechał do Kanady na zarobek. Dorobił 
się dość pokaźnego majątku, a przy okazji 
nauczył się na obczyźnie patriotyzmu, któ- 
ry zaowocował po jego powrocie z Kana- 
dy i zamieszkaniu w Deryłozach (8 km na 
wschód od Chorostkowa, w latach 1931-39 
gmina Horodnica). Ojciec, chociaż mógł, nie 
został w Kanadzie, ale wrócił do Ojczyzny 
jako gorliwy patriota. 
Podczas podróży z Chorostkowa do Ka- 
nady na statku spotkał wielu ciekawych ludzi, 
byli to dawni podoficerowie i oficerowie, dla 
których po przewrocie majowym zabrakło 
miejsca w wolnej ojczyźnie, o którą wal- 
czyli. Pewnego razu ojciec podsłuchał jedną 
z rozmów i usłyszał słowa wypowiedziane 
przez jednego z dawnych polskich ofice- 
rów: "Ojczyzno, walczyłem o ciebie, a że 
jesteś wolna, znów zostawiamy cię i jedzie- 
my w nieznane, w świat za morze szukać 
nowej ojczyzny, bo nie ma dla nas miejsca 
w starej ojczyźnie". Te historyczne słowa, 
posłyszane podczas podróży do Kanady, 
dały memu ojcu wiele do myślenia i zaczął 
częściej uczestniczyć w tego typu dysku- 
sjach, początkowo tylko jako słuchacz. 
Wraz z ojcem do Kanady płynęli Niem- 
cy, wysiedleni po 1918 roku znad Wołgi, 
gdzie zamieszkiwali od wieków; oni jechali 
do Kanady na stałe. Niemcy wysiedleni znad 
Wołgi zachowali swój język ojczysty i kulturę 
niemiecką, pomimo że ich przodkowie jesz- 
cze za carskiej Rosji osiedlili się nad Wołgą. 
To też było dla mego Ojca wskazówką, że 
można na obczyźnie być Polakiem i to pa- 
triotą, zachowując swoją tożsamość. 
Po zamieszkaniu rodziców w kwietniu 
1931 roku w Deryłozach (gm. Horodnica, 
pow. Kopyczyńce) ojciec mój rozpoczął re- 


24 


polonizacyjną działalność społeczną w Ce- 
lejowie (2 km na południe od Deryłoz, gm. 
Wasylkowce, pow. Kopyczyńce, na 1100 
mieszkańców - tylko 120 Polaków). Z ini- 
cjatywy ojca w czerwcu 1934 roku powstał 
w Celejowie Polski Związek Strzelecki. Mój 
ojciec został jego prezesem, funkcję tę peł- 
nił do 1939 roku, do 17 września, czyli do 
dnia wkroczenia Armii Czerwonej. W roku 
1937 lub 1938 z inicjatywy ojca Polacy roz- 
poczęli budowę Polskiego Domu Ludowego 
w Celejowie; budynek ten, przerobiony przez 
Ukraińców na magazyn, stoi do dziś. Po za- 
kończeniu jego budowy Polacy z Deryłoz, 
Celejowa i Myszkowiec planowali budowę 
kościoła dla Polaków; Ukraińcy mieli już swo- 
ją cerkiew, wybudowaną w XIX wieku. 
Za działalność społeczną mój ojciec je- 
sienią 1938 r. został odznaczony medalem 
(brak dokumentów); pozostało zdjęcie ro- 
dzinne z jesieni 1938 r., na którym widać 
ojca z tym medalem przypiętym do marynar- 
ki, a medal podobno nazywał się "Za pracę 
Unitarną na Kresach Wschodnich II RP". 
Wręczył go memu ojcu ówczesny starosta 
kopyczyniecki Piotr Grodecki. Ale i nie za- 
pomnieli o moim ojcu banderowcy z Cele- 
jowa, paląc dwukrotnie Deryłozy, pierwszy 
raz w pierwszej połowie marca 1944 roku, 
drugi raz 4 września 1944 roku, podczas 
młocki udanych zbiorów. 
15 maja 1944 roku ojciec został powo- 
łany do Wojska Polskiego, przeszedł cały 
szlak bojowy, aż do Berlina. Pierwszy postój 
to Olchowczyk nad Zbruczem, jeszcze po 
cywilnemu, następnie 21 Pułk Zapasowy 
Artylerii, z którego został przeniesiony do 
4 Samodzielnej Brygady Artylerii - 19 Pułk 
Artylerii Przeciwpancernej - 6 Bateria, kal. 
75 mm. Pod Lublinem został ciężko kon- 
tuzjowany (uszkodzony kręgosłup), po le- 
czeniu szpitalnym w 3 Pułku Zapasowym, 
z którym przeszedł do Berlina. Zdemobili- 
zowany 29 września 1945 r. w Chorzowie 
na Górnym Śląsku. Niestety, nie wrócił do 
swoich ukochanych Deryłoz, pozostał na 
"ziemiach odzyskanych", nie doczekawszy 
wolnej Polski. 
Opracowując pamiętniki ojca, odnala- 
złem dwa bardzo ważne fragmenty: ... w Ar- 
mii Krajowej miałem pseudonim "Poręba" ..., 
w innym, późniejszym pamiętniku odnala- 
złem zdanie: ... w Batalionach Chłopskich 
miałem pseudonim "Zbrucz" . . .; to wszystko
		

/p0027.djvu

			co 

 
"'0 

 
"'N 
"'0 
...., 
CO 

 
N 
en 
t) 
c: 
CO 
s..... 
LL 
W 
N 
o 
D:: 
W 
- 

 


do nowej Polski przed banderowcami, którzy 
dwukrotnie w 1944 roku spalili nasze Dery- 
łozy. Wiedziałem, że Ojciec jest na wojnie, 
ale nie rozumiałem, dlaczego mamy uciekać 
do Polski; wiedziałem, że jestem Polakiem, 
a banderowcy Polaków mordują. Wiedziałem 
z zasłyszanej rozmowy mojej mamy z inny- 
mi Polkami, że Franek, czyli mój ojciec, nie 
może po nas przyjechać, bo poszukują go 
banderowcy, aby go zamordować. Takie 
było moje pożegnanie z husiatyńskim Po- 
dolem, czyli zamiana Kresów Wschodnich 
na Kresy Zachodnie. 
Ojcowiznę pierwszy raz odwiedziłem 
w 1978 roku, drugi raz we wrześniu 2008 r. 
(Celejów i nieistniejące Deryłozy). Razem 
z rodzicami i rodzeństwem przeżyłem upa- 
dek II RP, a zarazem utratę niepodległości 
w 1939 roku; razem doczekaliśmy maja 
1945 roku i ekspatriacji na Ziemie Odzy- 
skane. Ojciec zmarł, nie doczekawszy po 
raz drugi pełnej suwerenności, bo przyszła 
ona dopiero w latach 1989/90. 


działo się w powiecie Kopyczyńce. Mój ojciec 
należał również do Powiatowego Komitetu 
Pomocy Polakom w Kopyczyńcach, którego 
członkiem był Antoni Orłowski, aresztowa- 
ny 11 XI 1943 roku przez policję ukraińską, 
a przewodniczącym tego Komitetu był po- 
dobno pan Pankiewicz. 
Druga wojna światowa doprowadziła do 
całkowitego wyniszczenia polskości na hu- 
siatyńskim Podolu. Po 1990 roku z trudem 
zaczyna się odradzać polskość na utraco- 
nych Kresach Wschodnich II RP, ale już 
w granicach Ukrainy. Największe skupiska 
Polaków to: Buczacz, Czortków, Skałat, Tar- 
nopol i Złoczów. 


* 


* 


* 


Ja urodziłem się w 1937 roku w Deryło- 
zach na husiatyńskim Podolu (gmina i para- 
fia rzymskokatolicka Horodnica, pow. Kopy- 
czyńce), u schyłku II RP. W latach 1944/45 
miałem 7-8 lat i zaczynałem już dobrze ro- 
zumieć, co to jest wojna i że musimy uciekać 


Marzenie 


Powietrze, co tobą żyłem, gdzież ty? 
Codziennie rano ci się kłaniałem, 
a tu tylko wiater bystry. . . 
Ja cię nie pożegnałem. 
Kto za mną krokiem podąży, 
Niech mu towarzyszą ślady, którędy szedłem. 
Tam moje marzenie po bezdrożach krąży. 
Niech mnie wróci tam, gdzie byłem przedtem. 
Robię wszystko, co w ręce wlizie, 
co trzeba na dziś i na jutro. 
Bo dni są długie, 
trza być sytym i nakarmić drugich. 
Tak mówił mi kiedyś ojciec kochany, 
lecz wyszło co innego... 
Tylem sił stracił na swoim zagonie, 
z jakiej przyczyny nie wyszło nic z tego? 
Kto mi zapłaci za te godziny, com je poświęcał? 
Powiedz, powietrze, czy to wszystko istnieje? 
Chciałbym pośpieszyć, choćby na klęczkach. 
Dopóki może czas, niech wiatr nie rozwieje. 
Co wywalczyłeś, to masz, 
mówili - siłą - przyjaciele, 
i chylić głowę, bo takie nawyki. 
A mnie znów pytać - było nasze, teraz czyje? 
Piszę, piszę... sił mało, nie starczy... 
Już strach zbiera, bo umarł... 
Mnie, choć nie chcę, też pchają tam, 
gdzie poszedł mój brat starszy. 


Trudno, i tak się dzieje, 
choć z losem zgodzić się nie mogę. 
A słońce wciąż przyświeca, grzeje, 
zwiastuje nadzieję. 


Wiersz o rozbiorze 


Ja bym więcej wierszy pisał, 
gdybym wszystkie słowa znał. 
Miałbym komu się poskarżyć, 
gdyby dzisiaj ojciec żył. 
Ja historię z książek biorę, 
którą dawniej krwią pisali. 
Tak się stało, już nie wróci 
to, co nam przekazali. 
Jam niedużo wierszy pisał, 
bom czym innym był zajęty. 
Dziś mi bardzo już pod wieczór, 
lecz nie jestem obojętny. 
Przy was młodych ja wytrzymam 
i wesołą nutę mam. 
Bo ja zawsze jedno myślę - 
chciałbym wrócić jeszcze tam. 


* * * 


Oj, poezjo i rzeźby, 
wyście takie miłe, 
wyście moje stare lata 
w młodość ozdobiły.
		

/p0028.djvu

			PS Ukraińcy za czasów II RP w latach 1920-1939 mieli więcej swobody niż ich bracia 
Ukraińcy w "swoim kraju", czyli na Ukrainie Radzieckiej; u nas byli równoprawnymi oby- 
watelami, Polakami w prawach i obowiązkach. Mieli własne szkolnictwo, kluby sportowe 
i oświatowe, prasę, swobodę organizowania się nawet w partie polityczne, czego przykła- 
dem jest zalegalizowanie przez rząd II RP w 1929 roku Organizacji Ukraińskich Nacjona- 
listów (OUN). A inwalidzi wojenni z armii ukraińskiej petlurowców i armii galicyjskiej, która 
walczyła przeciwko Polsce, otrzymywali renty wojenne. Język ukraiński, obrządek grecko- 
katolicki i kultura ukraińska przetrwały dzięki Polsce i Polakom, a nie Ukraińcom z Ukrainy 
Radzieckiej, gdzie do dziś wielki procent Ukraińców rozmawia tylko po rosyjsku. 
Po przewrocie majowym w 1926 roku Wasyl Mudryj został nawet wicemarszałkiem 
Sejmu II RP, przyjęto do Wojska Polskiego wielu ukraińskich oficerów, m.in. Pawła Szen- 
druka, późniejszego dowódcę Ukraińskiej Armii Narodowej, i płk. Barwińskiego, później- 
szego dowódcę zapasowego pułku dywizji SS "Hałyczyna". 
Materiał opracowała Anna Stengi 


* 


Chorostków omawialiśmy w Słowniku geogr.-hist. CL 3/08 


Opowieść o swojej rodzinie przekazał p. Tadeusz Jóźków, pochodzący z Małopolski 
Wschodniej, a obecnie zamieszkały w Miliczu. Pan Tadeusz jest znakomitym przykładem 
Kresowianina, który w imię podtrzymania rodzinnych więzi i pamięci o stronach, z których 
pochodzi, organizuje zjazdy rodziny Jóźków. Ostatni, V już zjazd, w którym uczestniczy- 
ło 85 osób w różnym wieku z całego kraju, odbył się w czerwcu 2008 w Miliczu. Jest to 
piękna tradycja, którą oby kontynuowali młodzi dziś członkowie rodziny. 
Pan Tadeusz równocześnie gromadzi dawne fotografie, pamiętniki (napisał także 
własne wspomnienia z Deryłoz z lat 1943-1945), a przede wszystkim dba o pamięć 
o swoim ojcu Franciszku, który po przebyciu wojennych dróg osiedlił się w Czernicy 
k. Jeleniej Góry, a następnie przeniósł się do Żmigrodu. Ostatnie 2 lata spędził u syna 
Tadeusza w Miliczu. 
Franciszek Jóźków tworzył; był uznanym rzeźbiarzem, pisał opowiadania, wspomnie- 
nia, ale przede wszystkim wiersze. Większość tekstów pozostaje w rękopisie, jednakże 
we wspomnieniu o rodzinie p. Tadeusza nie może zabraknąć chociaż małego wycinka 
twórczości jego ojca Franciszka Jóźkowa. Jednym ze zbiorów wierszy jest przekazany 
przez syna do naszej redakcji tomik "Moja rzeka coraz dłuższa", z którego drukujemy 
wiersze przez nas wybrane. 


26
		

/p0029.djvu

			. 


. 



 


Krystyna Kosiba 


Ze Lwowa 
do Walii 


Z wielkim wzruszeniem przeczytałam 
Moje dzieciństwo we Lwowie p. Joanny 
Halaunbrenner-Lisowskiej w kwartalniku 
"Cracovia-Leopolis" 2/2009. Od trzech 
lat mieszkam w północnej Walii, koło 
Pwllheli w Penrhos, polskim osiedlu dla 
emerytów. Nie jestem rodowitą Iwowian- 
ką, ale ostatnie dwa lata mojego polskie- 
go dzieciństwa (1938-1939) mieszkałam 
we Lwowie w dzielnicy opisanej przez 
p. Lisowską. 


Mój lwowski adres to ul. Karpacka 11A, 
boczna ul. Sobińskiego (boczna Zielonej, 
równoległa do ul. Tarnowskiego). Zakoń- 
czenie tej krótkiej ul. Karpackiej wychodziło 
u podnóża Góry św. Jacka. Wzgórze Jacka, 
tak wtedy przez nas nazywane, w zimie było 
zjazdem narciarskim i torem saneczkowym 
dla dzieci naszych pobliskich ulic. 
Z Sobińskiego, przez górki, na skróty, 
chodziło się na Żelazną Wodę (basen pły- 
wacki) i na koniec ul. Tarnowskiego, gdzie 
pod nr 101 mieszkał brat mojej mamy kapi- 
tan Norbert Kluszczyński z żoną i dwojgiem 
dzieci, Staszkiem i Ewą. Z Ewą, moją ró- 
wieśnicą (ur. 1930) chodziłyśmy razem do 
drugiej i trzeciej klasy państwowej szkoły 
im. św. Zofii przy ul. Stelmacha 4. 
Wuj Norbert przez Rumunię dołączył do 
polskiego wojska we Francji. Po kapitulacji 
Francji wzięty do niewoli niemieckiej. Zgi- 
nął od bomby alianckiej, zrzuconej przez 
pomyłkę na obóz jeniecki parę dni przed 
zakończeniem wojny. 
Ciotkę Kluszczyńskąz dziećmi Rosjanie 
wywieźli na Syberię pierwszym transportem 
w lutym 1940. Po amnestii z armią gen. An- 
dersa wydostali się z Rosji. Staszek zgłosił 
się do szkoły junackiej w Palestynie, a ciocię 
z Ewą przetransportowali do Afryki, z rodzi- 
nami i szkołami. Cała trójka wróciła do Polski 
po otrzymaniu wiadomości o śmierci ojca. 
Dziś już tylko pozostały z tej rodziny wnuki 
i prawnuki w Warszawie i Zielonej Górze. 


o parę kamienic od naszej przy ul. 
Karpackiej mieszkała rodzina Krogulskich 
z trójką dzieci: Krysią, Dzidką i Stefanem. 
Z Krysią chodziłyśmy do tej samej szkoły. 
Ona do piątej, a ja do trzeciej klasy. Od 
września 1939 byłam zapisana do Urszu- 
lanek, co oczywiście nie spełniło się. Krysię 
po latach spotkałam w Londynie. Do dnia 
dzisiejszego nie tracimy kontaktu. Wyszła 
za Andrzeja Chwalibogowskiego, architekta, 
też ze Lwowa, który przedwcześnie umarł 
na serce, przed 50. rokiem życia. Dzidka, 
siostra Krysi, wyszła za dyplomatę hiszpań- 
skiego i stale mieszka w Hiszpanii. Stefan 
Rosji nie przeżył. 
Na rogu ul. Karpackiej i Sobińskiego 
mieszkał również dr Falkiewicz, znany neu- 
rolog, z synami -Andrzejem i Rafałem. Wy- 
wiezieni do Rosji w kwietniu 1940. Andrzeja 
Falkiewicza spotkałam na początku lat 50. 
przypadkiem na zabawie w polskim lokalu 
w Londynie. Wyemigrowali później do USA. 
Rafał tragicznie zginął w wypadku samoloto- 
wym. Andrzej pracował w dyplomacji amery- 
kańskiej, był tłumaczem prezydenta Nixona 
na jakiejś konferencji w Moskwie. 
Losy mojej rodziny potoczyły się ina- 
czej. Mój ojciec Aleksander Bernakiewicz 
był zawodowym oficerem, kapitanem 40. 
pułku piechoty (w 1918 roku brał udział 
w obronie Lwowa). Dyplom - jego "Orlęta", 
który w latach 70. przekazał mi ojca brat, 
oddałam do archiwum Instytutu gen. Sikor- 
skiego w Londynie. 3 września z 40. pułkiem 
ojciec wyruszył na front pod Warszawę. Po 
kapitulacji Warszawy pułk został wzięty do 
niewoli niemieckiej. Z późniejszych rela- 
cji rodzinnych dowiedziałam się, ze uciekł 
z Warszawy i piechotą wrócił do Lwowa, 
gdzie dołączył do armii podziemnej. W 1944 
roku został aresztowany i uwięziony w Bry- 
gidkach, a potem słuch o nim zaginął. 
Mama, Aleksandra Bernakiewicz, ja i 5- 
-letni brat nie ruszaliśmy się z domu od wy- 
jazdu ojca. 13 września w nocy zjawił się 
u nas major Józef Bińkowski, mąż siostry 
mamy, i namówił ją, abyśmy razem z nim 
natychmiast opuścili Lwów, bo Niemcy są 
prawie na wszystkich rogatkach. Wyjazd 
może nam się udać tylko nocą w kierunku na 
Brody. W samochodzie oprócz wuja było już 
dwóch szoferów i kapitan Tomicki. Nie wiem 
jakim cudem naszą trójkę upchnęli i o 5 rano 
byliśmy w Brodach. Całym naszym mająt- 


27
		

/p0030.djvu

			..c 
u 
2 
V) 
5; 
O 
5; (lJ 
- 'N 
..cD 
u O 


 
- ';:;-7) 
5; 
 
N 
(\j (\j 

 - 
I..... (lJ 
O'N 
-ł---J 
:J (\j 
« C 


kiem była teczka, któ- 
rą przygotował d la nas 
ojciec, a w niej pienią- 
dze, wszystkie doku- 
menty, d uża tabliczka 
czekolady i rewolwer 
dla mamy do obrony. 
Dzięki tej teczce mam 
do dzisiaj swoją metry- 
kę urodzenia i świade- 
ctwa szkolne. 
W Brodach czekał 
na wuja kapitan Ro- 
bak z drugim samo- 
chodem, którym, za- 
bierając jednego szo- 
fera, wyruszyli pod 
Równe, gdzie czekało 
poprzednio wyewaku- 
owane biuro "dwójki" z pałacu Mycieiskich 
na ul. Poniatowskiego we Lwowie. My poje- 
chaliśmy na południe: Tarnopol, Czortków, 
gdzie zatrzymaliśmy się trzy dni, a mama 
kupowała nam coś do ubrania. 17 września 
wkroczyli Rosjanie, a my z Czortkowa ru- 
szyliśmy dalej na Kołomyję, Kosów i Kuty. 
Tu 19 września wczesnym rankiem przekro- 
czyliśmy granicę rumuńską. Po paru miesią- 
cach pobytu w Rumunii, przez Jugosławię, 
Włochy, Alpy, pociągiem z Bukaresztu do- 
tarliśmy do Paryża. 
Po niedługim czasie Niemcy podeszli 
pod Paryż, a nam znowu udało się wyje- 
chać, prawie ostatnim pociągiem, na po- 
łudnie do Biarritz. Za parę tygodni Niemcy 
zbliżyli się do Bordeaux. W małym porcie 
St. Jean de Luz czekały dwa polskie stat- 
ki - "Sobieski" i "Batory", aby załadować 
resztki wojska polskiego i ludności cywilnej 
i przewieźć do Anglii. 
Dzięki Opatrzności Boskiej, zaradności 
mojej mamy i znajomościom, na "Sobieskim" 
dopłynęliśmy do Plymouth, portu angielskie- 
go. Był to czerwiec 1940 roku. Tak zaczęło 
się nasze życie w Anglii. 


Bardzo Pani dziękujemy za ten list, któ- 
ry jest dokumentem dramatycznych losów 
lwowian w czasie /I wojny i tragedii bezpo- 
wrotnego rozproszenia wspaniałej społecz- 
ności naszego Miasta - miasta wielowieko- 
wej polskiej historii i kultury. 


28 


KTO NAM DORADZA? 


Fragment felietonu Pawła Lisickiego 
z "Rzeczpospolitej" z 28 III 09: 


... Słuchając głosów ekspertów, 
trudno nie dostrzec, że Ukraina prze- 
suwa się na Wschód. Krótki czas po- 
marańczowej rewolucji i następujący po 
niej okres, kiedy to można było wierzyć, 
że Kijów podąży na Zachód, przechodzi 
do przeszłości. Rosja może po prostu 
czekać, aż targana wewnętrznymi spo- 
rami i coraz bardziej osłabiona Ukraina 
poprosi o pomoc. A wtedy, w zamian za 
pomoc, Moskwa odzyska dominację. 
Wygląda na to, że ukraiński sen o nie- 
podległości i polski sen o Ukrainie na- 
leżącej do Zachodu kończy się. 


A któż rozsądny mógł myśleć ina- 
czej? Kto i po co - z naszej strony 
- angażował się bez miary w popie- 
ranie w s z e I kic h pomysłów ukraiń- 
skich, z których wiele godzilo w nasze 
interesy i w naszą godność? Co warta 
jest polityka, w której wszystko stawia 
się na jedną kartę? Nie ma powodu, 
by podlizywać się Rosji, ale po co ją 
nieustannie drażnić naiwnym popiera- 
niem Ukrainy, za które ta odpłaca nam 
absolutnym brakiem lojalności, wręcz 
lekceważeniem? 


ERRATA 
W poprzednim numerze (CL 3/09) 
na str. 8, w ostatnim przypisie w pra- 
wej szpalcie, podaliśmy błędnie, że 
A. Olszewski był członkiem krakow- 
skiego ZO TMLiKPW. Był natomiast 
członkiem Rady Redakcyjnej "Craco- 
via-Leo polis" . 
Również w CL 3/09 na str. 71 u dołu 
znalazł się nieopisany bezpośrednio cy- 
tat w ramce, co dla Czytelników mogło 
być niezrozumiałe. Cytat ten dotyczy 
książki, o której mowa na tej i następ- 
nej stronie: Ni ma jak Lwów, autorstwa 
J. Wachowicz-Makowskiej. 


CD 
c: 
CO 
... 

 
N 
U 
CD 
t::! 
c..
		

/p0031.djvu

			Jerzy Kapłon 


PODOLSKIE TOWARZYSTWO 
TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZE 
ZARYS DZIEJÓW 


Jasne słońce nad Podolem 
Po parowach kraj się zboczył. 
Wielkim łukiem, czy półkolem, 
Dniestr ku morzu się zatoczył... 
(Wincenty Pol, Pieśń o ziemi naszej) 


TYlko najbardziej zainteresowani historią 
turystyki znają wspaniałą kartę polskiej tu- 
rystyki na Kresach Wschodnich II Rzecz- 
pospolitej, którą zapisało Podolskie Towa- 
rzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Zostało 
stworzone dzięki zaangażowaniu inteligencji 
polskiej, a inicjatorem jego założenia był To- 
masz Kunzek. W okresie po I wojnie świa- 
towej dodatkowym powodem, prócz chęci 
rozwoju ruchu turystycznego, dla którego 
powstawały polskie organizacje turystyczne 
na Kresach, był patriotyczny ich charak- 
ter. Powstawanie takich organizacji cieszy- 
ło się poparciem władz administracyjnych 
dążących do pobudzenia działalności kul- 
turalnej i gospodarczej w regionach. Dzia- 
łania Referatu Turystyki Ministerstwa Robót 
Publicznych doprowadziły do powstawa- 
nia wojewódzkich referatów turystycznych, 
komórek administracji terenowej zajmują- 
cych się rozwojem ruchu turystycznego. Być 
może, prowadzone również na gruncie służ- 
bowym, doprowadziły do powstania Woje- 
wódzkiego Towarzystwa Turystyczno-Krajo- 
znawczego w Tarnopolu 1 . Pierwsze Walne 
Zgromadzenie odbyło się 20 października 
1925 r. 2 . Wybrany został Wydział (Zarząd), 
który w pierwszym okresie działalności miał 
przeprowadzić formalności związane z funk- 
cjonowaniem stowarzyszenia, a także roz- 
począć działalność programową. Siedziba 
Wydziału mieściła się w gmachu Urzędu 
Wojewódzkiego. Posiadany przez Centralne 
Archiwum Turystyki Górskiej w Krakowie eg- 
zemplarz statutu z roku 1930 określał teren 
(województwo tarnopolskie) oraz w paragra- 
fie 5. cele działania Towarzystwa: Celem 
Towarzystwa jest zaznajamianie szerokich 


warstw społecznych z terenem województwa 
tarnopolskiego, jego historią i osobliwościa- 
mi, dążność do podniesienia i ułatwienia 
w granicach województwa ruchu turystycz- 
nego w ścisłym tego słowa znaczeniu, po- 
przez polepszenie stosunków komunika- 
cyjnych i warunków czasowego pobytu dla 
przyjezdnych 3 . 


W skład Prezydium weszli: Tomasz Kunzek 
jako prezes, pułkownik Gigiel, nadkomisarz Ko- 
łodziej, prof. Józef Schwartz, pełniący funkcję 
zastępcy prezesa, sekretarzem został Henryk 
Śląski, skarbnikiem zaś Jan Kurzeja. Oprócz nich 
w Wydziale było 12 członków. Przewodniczącym 
Sekcji Wycieczkowej został Stefan Juzwa, a Sek- 
cji Propagandowej - I. Czyrski. 
Rok 1926 zakończył się sukcesem 
w postaci wzrostu liczby członków do 182 
w Tarnopolu i 308 w 16 oddziałach tereno- 
wych 4 . Oddziały mieściły się w miastach 
powiatowych (Borszczów, Zaleszczyki, Zło- 
czów, Trembowla, Przemyślany, Buczacz, 
Czortków, Podhajce, Brzeżany, Zborów, 
Kopyczyńce, Radziechów, Zbaraż, Ska- 
łat, Brody, Kamionka). W celu popularyza- 
cji działalności Towarzystwa oraz walorów 
krajoznawczych regionu urządzono w Tar- 
nopolu i w miastach powiatowych kilkadzie- 
siąt odczytów i urządzono szereg wycieczek 
po najbardziej atrak- 
cyjnych okolicach re- 
gionu, a w 1927 roku 
"Wystawę krajobra- 
zów i zabytków wo- 
jewództwa tarnopol- 
skiego" - ekspozy- 
cję złożoną z ponad 
400 fotografii i kilku- 
dziesięciu kilimów 5 . 
W tymże roku wo- 
jewoda tarnopolski 
przekazał Towarzy- 
stwu funkcję towarzy- 
stwa opieki nad za- 
bytkami przeszłości, 



 
(lJ 
N 
C 
:J 

 
N 
V) 
(\j 
E 
o 
I- 


29
		

/p0032.djvu

			które w innych województwach powstawały 
jako odrębne twory. Dzięki dotacji Minister- 
stwa Robót Publicznych w 1928 r. wydano 
Przewodnik po województwie tarnopolskim 
w nakładzie ponad 5 tys. egzempl arzy 6. 
W celu odciążenia Wydziału od prac orga- 
nizacyjnych położono duży nacisk na pra- 
ce sekcji: propagandy i prasy, pod kierow- 
nictwem T. Woytowicza, wystawowej, pod 
kierownictwem O. Kochmana, odczytowej 
pod kierownictwem ks. J. Roga, wycieczko- 
wej, pod kierownictwem S. Juzwy, i ochrony 
zabytków, pod kierownictwem W. Kuchar- 
skiego. Wkrótce liczba członków w centrali 
Towarzystwa wynosiła 206 osób, a w od- 
działach - 470 7 . Za doskonałą propagandę 
Towarzystwa i turystyki w regionie uznano 
udział w targach i wystawach, na przykład 
w Wystawie Krajowej w Poznaniu, Między- 
narodowej Wystawie Komunikacji i Tury- 
styki w Poznaniu, Targach Wschodnich we 
Lwowie. W latach 1928-1930 Towarzystwo, 
siłami koła w Krzywczu - prowadzonego 
przez Lazara Melzera - dzięki poparciu 
starosty L. Schreibera (prezesa oddziału 
w Borszczowie) udostępniło do zwiedzenia 
jaskinie gipsowe. Dzięki darowiźnie Melzera 
Towarzystwo stało się właścicielem jaskini 
i gruntów koło wejścia, a także parceli, na 
której znajdowały się ruiny średniowieczne- 
go zamku i baszta. W jaskini udostępniono 


30 


do zwiedzania 4 km tras oraz 6 wielkich sal. 
W 1929 r. zwiedziło je ponad 2000 osób. To- 
warzystwo wykonało remont baszty, w której 
uzyskano trzyizbowe schronisko. 
Towarzystwo rozpoczęło starania o bu- 
dowę drugiego obiektu turystycznego. Zor- 
ganizowano tam również Muzeum Regio- 
nalne. W latach tych duży nacisk położono 
na rozwój wydawnictw. Oprócz starań zwią- 
zanych z rozprowadzeniem wymienionego 
wyżej Przewodnika po województwie tar- 
nopolskim, którego nakład w okresie spra- 
wozdawczym został szybko wyprzedany, 
powstawać zaczęły wydawnictwa o charak- 
terze lokalnym 8 . Oddział Złoczowski w roku 
1928 wydał Monografię powiatu złoczow- 
skiego autorstwa inż. Żmigrodzkiego, a w rok 
później dzięki staraniom W. Kryczyńskiego 
dzieło o charakterze historyczno-naukowym 
autorstwa dr Charewiczowej - Dzieje miasta 
Złoczowa. Oddział zaleszczycki w okresie 
tym opracował i złożył do druku opracowany 
przez prof. J. Schwartza Przewodnik po Za- 
leszczykach i południowo-wschodniej części 
województwa. Towarzystwo wydało również 
serię 10 rodzajów widokówek w nakładzie 
30 000 sztu kg . 


Finansowanie działalności Towarzystwa w tym 
okresie opierało się na dochodach z nieruchomości, 
wydawnictw, subwencji i opłat członkowskich.
		

/p0033.djvu

			W podsumowaniu działalności poszcze- 
gólnych oddziałów za lata 1928-1930 przed- 
stawiono ocenę ich zaangażowania w pracę 
Towarzystwa. Od najbardziej chwalonego 
oddziału w Borszczowie, którego główną za- 
sługą było udostępnienie jaskiń w Krzywczu 
i odnowienie zamku, poprzez inne, również 
prowadzące intensywną działalność, jak od- 
działy w Zaleszczykach i w Złoczowie. Ten 
ostatni oprócz wspomnianych wydawnictw 
rozpoczął akcję opieki nad zabytkami, w tym 
nad zamkiem króla Jana Sobieskiego. Od- 
dział w Trembowli - pod przewodnictwem 
Michała Gargasza - urządzał wycieczki, 
odczyty oświatowe, przeprowadzał kon- 
serwację obiektów zabytkowych. Oddział 
w Przemyślanach - pod przewodnictwem 
Edwarda Schutta - przeprowadził akcję in- 
wentaryzacji zabytków powiatu, a oddział 
w Buczaczu - pod przewodnictwem Woj- 
ciecha Walzera - zakupił 3 łodzie i urzą- 
dzał wycieczki Dniestrem, wykonał również 
rejestrację zabytków. Oddział w Czortkowie 
- pod przewodnictwem dra Krzysia - urzą- 
dzał także wycieczki, jak również oddział 
w Podhajcach - pod przewodnictwem sta- 
rosty S. Olszewskiego - który zakupił aparat 
fotograficzny w celu dokumentowania stanu 
zabytków. Oddział w Brzeżanach - pod prze- 
wodnictwem burmistrza S. Wiszniewskiego 
- urządzał wycieczki, podobnie jak oddział 
w Zborowie - pod przewodnictwem M. Mo- 
krzyckiego - który także rozpoczął akcję 
zbierania eksponatów do muzeum regional- 
nego. Oddział w Kopyczyńcach - pod prze- 
wodnictwem Komisarza Rządowego Miasta, 
J. Kellera - urządzał również wycieczki, 
natomiast oddział w Radziechowie - pod 
przewodnictwem R. Stenzla - przeprowa- 
dził drobną konserwację zabytków. Oddział 
w Zbarażu - pod przewodnictwem T. Że- 
browskiego - oprócz wycieczek urządzał 
i odczyty, a oddział w Skałacie pod przewod- 
nictwem M. Bogdanowicza rozpoczął stara- 
nia o budowę schroniska w Miodoborach 10 . 
Ten okres działalności Towarzystwa kończą 
przygotowania i udział w Międzynarodo- 
wej Wystawie Komunikacyjno-Turystycznej 
w Poznaniu. Towarzystwo przyjęło na siebie 
cały ciężar przygotowania udziału Podola. 
Towarzystwo, zachęcone sukcesem i zain- 
teresowaniem tematem, wystąpiło w tym 
samym roku również na wystawach w Rów- 


nem, w Wilnie i w Targach Wschodnich we 
Lwowie. 
Na początku 1931 r. przeprowadzono 
intensywną akcję mającą na celu zwiększe- 
nie wśród społeczeństwa zainteresowania 
działalnością Towarzystwa oraz Podolem. 
Dzięki współpracy z redakcjami takich cza- 
sopism i gazet jak: "Głos Polski" w Tarnopolu, 
"Podole" w Czortkowie, "Ziemia" w Warsza- 
wie, "Orli Lot" w Krakowie, "Auto i Turysta" 
w Warszawie, "Ziemia Wołyńska" w Łucku, 
akcja ta zakończyła się sukcesem. Dzięki 
tym staraniom liczba członków w tym okre- 
sie powiększyła się do 1 038 osób 11 . Stara- 
niem Towarzystwa i przy udziale prezesa 
wydano nakładem Wydawnictwa Dzieł Po- 
pularno-Naukowych w Warszawie bogato 
ilustrowany zeszyt zawierający opis Podo- 
la. W tym też czasie Oddział Towarzystwa 
w Zaleszczykach uruchomił akcję wycieczek 
łodziami zwykłymi i motorowymi po Dnie- 
strze. Znacznie rozwinął się ruch wyciecz- 
kowy. Ogółem Towarzystwo urządziło 223 
wycieczki dla 4336 uczestników 12 . Niektó- 
re z nich zorganizowano we współpracy 
z Towarzystwem Krajoznawczym Wołyń- 
skim oraz z ZG Związku Nauczycielstwa 
Polskiego. Starając się rozwinąć ruch wy- 
cieczkowy, Towarzystwo uzyskało zniżki 
kolejowe na dojazdy do niektórych stacji 
kolejowych oraz autobusowe w wysokości 
do 25%. Troska Towarzystwa o ułatwianie 
ruchu turystycznego była widoczna w stara- 
niach o rozwój sieci dróg publicznych, sieci 
połączeń komunikacyjnych, w tym podjętej 
w tym czasie inicjatywie budowy dworca 
autobusowego w Tarnopolu. W tym czasie 
wydano: album Zamki Podola w nakładzie 
1000 egz., prospekt "Zwiedzajcie Podole" 
(30000 egz.) w językach: polskim, francu- 
skim, angielskim i niemieckim, plan miasta, 
autorstwa prof. J. Haliczera, broszurę "Na- 
sze Podole" (3000 egz.), opracowaną przez 
Tomasza Kunzeka 13 , widokówki z Tarnopola 
30000 sztuk). Towarzystwo wzięło czynny 
udział w tworzeniu Regionalnego Muzeum 
Podolskiego w Tarnopolu oddanego do użyt- 
ku w 1930 r. Podjęto starania o utworzenie 
- obok istniejącego już w Za leszczykach 
- muzeów także w innych siedzibach od- 
działów. Towarzystwo przyjęło na siebie rolę 
Wojewódzkiej Delegatury Państwowej Rady 
Ochrony Przyrody i zorganizowało 15 de- 
legatur powiatowych. Zmieniono również 


31
		

/p0034.djvu

			1 . Borszczów 
2. Brody 
3. Brzeżany 
4. Buczacz 
5. Czortków 
6. Kopyczyńce 
7. Kamionka Str. 
8. Krzywcze Górne 
9. Olesko 
10. Podhajce 
11 . Podwołoczyska 
12. Ponikwa 
13. Przemyślany 
14. Radziechów 
15. Skałat 
16. Trembowla 
17. Zaleszczyki 
18. Zbaraż 
19. Zborów 
20. Złoczów 


Jan Wasiewicz (starosta) 
Bronisław Brzozowski 
Władysław Weigel 
mjr Wojciech Walzer 
prof. Józef Opacki 
Ludwik Jackowski (wicestarosta) 
inż. Józef Piwowiński 
Lazar Melzer (właściciel dóbr) 
Jan Zabokrzecki (dyrektor tartaku) 
Roman Woroszyński (starosta) 
Jan Tymczyński (sędzia) 
hr. Bocheński (właściciel dóbr) 
inż. Władysław Zamorski 
Tadeusz Andrzejewski (dyrektor) 
inż. Franciszek Koryciński 
Kazimierz Missona (dyrektor) 
prof. Józef Schwartz 
Henryk Śląski (wicestarosta) 
Franciszek Jankowski (naczelnik) 
ks. Władysław Urban (kapelan) 


Wydział Powiatowy 
Wydział Powiatowy 
Wydział Powiatowy 
Wydział Powiatowy 
Gimnazjum 
Starostwo 
Wydział Powiatowy 
Loco poczta 
Ożydów 
Wydział Powiatowy 
Sąd Grodzki 
Poczta loco Brodów 
Wydział Powiatowy 
Gimnazjum 
Wydział Powiatowy 
Gimnazjum 
Seminarium 
Starostwo 
Urząd Pocztowy 
52. Pułk Piechoty 


nazwę na Podolskie Towarzystwo-Turystycz- 
no Krajoznawcze (PTTK)14. 
Rozpoczęto przygotowania do wystą- 
pienia na Wojewódzkiej Wystawie Rolni- 
czo-Regionalnej w Tarnopolu. Towarzystwo 
zorgan izowało h istoryczno-etnog raficzną 
część wystawy i stanowisko turystyczno- 
krajoznawcze. Towarzystwo przygotowało 
kiosk z własnymi wydawnictwami oraz z in- 
nymi o charakterze turystycznym, zorgani- 
zowało również stanowiska i wyposażyło 
je w eksponaty o charakterze regionalnym. 
Do najciekawszych należała zbudowana 
z kryształów gipsu grota naturalnej wielko- 
ści obrazująca wejście do jaskiń w Krzyw- 
czu; wyposażona była ona w odpowiednie 
oświetlenie w celu uzyskania dodatkowych 
efektów. Towarzystwo uruchomiło na terenie 
wystawy pawilon informacyjny, a także wzię- 
ło na siebie ciężar organizacyjny wszystkich 
wycieczek w teren. 


Po Walnym Zgromadzeniu w dniu 30 IV 
1931 r., na którym wybrano 20-osobowy Zarząd 
Główny oraz 3-osobową Komisję Rewizyjną, we- 
szło w kolejny okres działalności. Trwał on do 
Zjazdu Przewodniczących i Delegatów Oddziałów 
i Kół PTTK, który odbył się w Tarnopolu 7 paź- 
dziernika 1931 r. Okres ten był trudny w życiu 
nie tylko PTTK, ale i innych towarzystw tury- 
stycznych w Polsce. Przyczyn tego należy szu- 
kać w kryzysie gospodarczym, który przyczynił 


32 


się do zubożenia społeczeństwa, a co za tym 
idzie - zmniejszenia zainteresowania turystyką. 
W wyniku tego, jak również z powodu anulowa- 
nia zniżek na przejazdy kolejowe po roku 1933, 
zanotowano zmniejszenie liczby członków To- 
warzystwa. W dniu 17 IX 1933 r. Towarzystwo 
zorganizowało "Zjazd Krajoznawczy" w Olesku, 
który odbył się w zamku królewskim. Uczestniczyli 
w nim przedstawiciele organizacji turystycznych, 
referenci turystyki urzędów wojewódzkich oraz 
delegaci Okręgowej Dyrekcji Kolei Państwowych 
z województw południowo-wschodnich, a także 
reprezentanci Ministerstwa Komunikacji. Powzięto 
na nim 28 uchwał dotyczących problemów rozwoju 
turystyki na Podolu. Przedstawiciele Towarzystwa 
brali czynny udział w pracach Związku Polskich 
Towarzystw Turystycznych, a w roku 1933 na 
specjalne zaproszenie - w zjeździe Polskiego 
Towarzystwa Krajoznawczego (PTK). Zdaniem 
PTTK, właśnie PTK było predestynowane do zjed- 
noczenia wszystkich towarzystw turystycznych 
w Polsce. W tym kierunku szły prace na zjeździe 
PTK, a PTTK proponowało konkretne zmiany 
swojego statutu w celu umożliwienia połączenia 
obu Towarzystw 15 . 
W roku 1933 duży nacisk położyło To- 
warzystwo na wykorzystanie w celach pro- 
pagandowych walorów Podola w czasie 
obchodzonej 250 rocznicy Odsieczy Wie- 
deńskiej. W ramach tych obchodów zorga- 
nizowano wiele wycieczek do historycznych
		

/p0035.djvu

			miejsc znajdujących się na Podolu i wygło- 
szono bardzo wiele prelekcji o charakterze 
krajoznawczo-historycznym 16 . Towarzystwo 
spowodowało wydanie przez "Wiadomości 
Turystyczne" i "Zwiedzamy" w Warszawie ze- 
szytów poświęconych wyłącznie Podolu oraz 
uzyskało 2000 metrów bieżących filmów 
o regionie. W latach 1931-34 Towarzystwo 
kontynuowało rozbudowę domu wycieczko- 
wego w Za leszczykach . Rozpoczęto budowę 
schroniska dla pasa Miodoborów w Kręci- 
łowie. Miało ono równocześnie służyć jako 
szkoła powszechna dla ludności polskiej. 
Nie zaniechano również troski o obiekty za- 
bytkowe. Staraniem oddziału w Trembowli 
zabezpieczono ruiny zamku trembowelskie- 
go. W baszcie założono muzeum zamko- 
we, w którym wyeksponowano materiały 
uzyskane w wykopaliskach prowadzonych 
na terenie zamku. Oddział ten przystąpił do 
konserwacji ruin monasteru w Podgórza- 
nach. Najbardziej zasłużonym działaczem 
w regionie był przewodniczący oddziału 
i dyrektor Gimnazjum Kazimierz Missona. 
Oddział Czortkowski PTTK rozpoczął akcję 
udostępniania ruin zamku czortkowskieg0 17 . 
Naprawiano mury i baszty, odbudowano trzy 
sale zamkowe. W jednej z nich umieszczo- 
no biuro oddziału, pozostałe wykorzystano 
jako sale muzealne. Do wyróżniających się 
działaczy w tym oddziale należy zaliczyć 
przewodniczącego Oddziału, Józefa Opac- 
kiego. Intensywny rozwój zorganizowanego 
ruchu turystycznego spowodował koniecz- 
ność przeszkolenia przewodników do jego 
obsługi. Odbywały się więc kursy przewod- 
nickie, każdorazowo kończone egzaminem, 
po którego zdaniu nadawano uprawnienia. 
Wydano Przewodnik po powiecie buczac- 
kim i czortkowskim (1931 r.), Przewodnik 
po jaskiniach w Krzywczu (1932 r.), a także 
w roku 1933 Plan wycieczek po wojewódz- 
twie tarnopolskim oraz serie widokówek dla 
turystów. W celu pozyskania nowych człon- 
ków oraz popularyzacji głoszonych przez 
PTTK idei turystyki Wydział Towarzystwa 
powołał w roku 1932 "Sekcję kół krajoznaw- 
czych młodzieży". Pierwszym jej przewodni- 
czącym został dyrektor gimnazjum Dominik 
Pytel. Starał się on utworzyć sekcje przy 
wszystkich szkołach średnich na terenie wo- 
jewództwa. Rozwinęły się bardzo w szybkim 
czasie, skupiając pokrewne kierunki pracy 
na terenie szkół (sekcje geograficzne, przy- 


rodnicze, fotograficzne, itp.). Na koniec roku 
1934 Towarzystwo posiadało 20 oddziałów 
i kół terenowych 18 . 
Ten okres działalności zakończył Zjazd 
Przewodniczących i Delegatów Oddziałów 
i Kół PTTK, który odbył się 7 X 1934 r. w Tar- 
nopolu. Uczestniczyło w nim 35 osób. Po 
burzliwych dyskusjach ustalono za niezbęd- 
ne skupienie działalności terenowej w Wy- 
dziale Centralnym, podporządkowując od- 
działy jednolitemu kierownictwu, zwłaszcza 
pod względem finansowym 19 . Po zjeździe 
nastąpił kolejny okres w działalności Towa- 
rzystwa. W Wydziale Centralnym powołano 
dwie nowe sekcje: filatelistyczną i popierania 
turystyki - powstała jako organ Ligi Popie- 
rania Turystyki, zamiast osobnego Związku 
Propagandy Turystycznej, w celu propa- 
gowania turystyki na Podolu w aspekcie 
rozwoju gospodarczego w regionie. Duże 
znaczenie dla działalności Towarzystwa mia- 
ło uzyskanie lokalu przy ulicy Kopernika 2, 
oddanego przez zarząd miasta w bezpłat- 
ne użytkowanie. Został wyremontowany na 
koszt Towarzystwa, zakupiono odpowied- 
ni sprzęt biurowy, przeniesiono wszelkie 
zbiory Towarzystwa, otwarto czytelnię i bi- 
bliotekę oraz uruchomiono pracę biurową 
z godzinami przyjęć. Towarzystwo czyniło 
duże wysiłki w celu uzyskania maksymal- 
nego rozwoju ruchu turystycznego na te- 
renie Podola. Uzyskano włączenie Podola 
do akcji wycieczkowej prowadzonej przez 
Zarząd Główny Towarzystwa Rozwoju Ziem 
Wschodnich i Dyrekcję "Orbisu" w Warsza- 
wie, dzięki czemu uzyskano zniżki kolejowe 
na przejazdy indywidualne turystów z całego 
kraju na Podole na podstawie kart uczest- 
nictwa i tzw. karnetów 
turystycznych. W celach 
propagandowych wydane 
zostały kolejne pozycje: 
broszura pod tytułem Zie- 
mia Podolska, autorstwa 
T. Kunzeka 20 , przewodnik 
Zbaraż w przeszłości i te- 
raźniejszości, będący mo- 
nografiąpowiatu, którego 
autorem był H. Śląski 21 , 
oraz broszurę 1 O-lecie 
województwa tarnopol- 
skiego, opisującą doro- 
bek województwa, także 
autorstwa H. Śląskiego. 


33
		

/p0036.djvu

			W tym czasie wykończono schronisko 
turystyczne w Kręciłowie, które posiadało 
dwadzieścia miejsc noclegowych, jednocze- 
śnie służyło jako szkoła powszechna i dom 
ludowy dla ludności polskiej. Duże postępy 
zanotowano też w zagospodarowywaniu 
schroniska w Zaleszczykach, do którego 
przeniesiono biuro oddziału i Muzeum Krajo- 
znawcze. Obiekt posiadał 40 łóżek. Zostały 
otwarte schroniska turystyczne - w Beremia- 
nach i w Skomorochach nad Strypą dla ka- 
jakarzy. Towarzystwo przystąpiło, wykorzy- 
stując subwencję konserwatora wojewódz- 
kiego, do konserwacji zamku w Kudryńcach, 
który został uratowany dzięki zaangażowa- 
niu kpl. Stecewicza, komendanta kompanii 
KOP, członka Towarzystwa. W roku 1936 
powstała Sekcja Kajakowa, będąca jedno- 
cześnie Klubem Polskiego Związku Kajako- 
weg0 22 , dzięki której PTTK objęło w gospo- 
darowanie Dniestr i jego północne dopływy. 
Na początku roku 1936 PTTK utworzyło też 
Sekcję Kół Krajoznawczych Młodzieży. Mia- 
ła ona za zadanie pobudzić do działalności 
młodzież szkolną poprzez organizację kół 
w szkołach. W niedługim czasie rozpoczęła 
ona wydawanie miesięcznika "Znicz Podo- 
la", redagowanego przez W. Cichockiego 
i J. Opackiego w Czortkowie 23 . W tym samym 
czasie Oddział PTTK w Trembowli uzyskał 
pomieszczenie na zbiory tworzonego Mu- 
zeum Regionalnego Ziemi Trembowelskiej 
w kaplicy 00. Karmelitów 24 . 29 III 1936 r. 
w Czortkowie w sali "Sokoła" odbyło się 
doroczne zgromadzenie członków oddziału 
czortkowskiego. Był to najbardziej aktywny 
oddział PTTK. W roku 1935 miał 109 człon- 
ków. Posiadał biuro 
informacyjne - znaj- 
dujące się w skle- 
pie jednego z człon- 
ków - które w roku 
sprawozdawczym 
udzieliło 516 infor- 
macji turystycznych. 
Zarządzał schroni- 
skiem noclegowym 
w salach zamko- 
wych z 10 miej- 
scami noclegowy- 
mi, gdzie udzielono 
noclegu 80 osobom. 
Oddział uruchomił 


34 


również pracownię fotograficzną. W mu- 
zeum miejskim utworzono dział muzealny 
oddziału liczący 1178 sztuk eksponatów. 
Zakończono prace mające na celu udostęp- 
nienie groty w Uhryniu oraz przeprowadzo- 
no liczne prace na zamku 25 . W Czortkowie, 
w sali posiedzeń Rady Miejskiej, odbył się 
w dniach 3 i 4 X 1936 r. Zjazd Krajoznaw- 
czy zakończony Walnym Zjazdem PTTK. 
Obradom przewodniczył starosta czortkow- 
ski - J. Muszyński. Wśród wielu uchwał 
związanych z ruchem turystycznym uchwa- 
lono nadanie godności członka honorowe- 
go Mieczysławowi Orłowiczowi 26 . Na sku- 
tek uchwały zjazdu siódmy numer "Znicza 
Podolskiego" - wydany z datą wrześniową 
1936 r. - miał już w nagłówku adnotację 
"Ilustrowany Organ Oficjalny Podolskiego 
Towarzystwa Tu rystyczno-Krajoznawczego" 
i był organem całego Towarzystwa. 26 listo- 
pada 1936 r. w Tarnopolu odbyło się ze- 
branie Sekcji Kajakowej, która stawała się 
ważnym elementem działalności Towarzy- 
stwa. Postanowiono wybudować przystań 
oraz oznakować szlaki wodne. Duże zna- 
czenie propagandowe miał nagrany stara- 
niem PTTK film pl. Zwiedzajcie Podole, czę- 
ściowo udźwiękowiony. Prowadzono także 
prace nad odbudową zamku w Czortkowie, 
który w dniu 3 VI 1937 r. PTTK wykupi- 
ło od Fundacji Ubogich im. H. Sadowskie- 
g027. Odnowiono połowę prawego skrzydła, 
gdzie uzyskano 13 pokoi z przeznaczeniem 
na schronisko, biuro informacyjne, świetli- 
cę i muzeum. W Bilczu Złotem od księcia 
Sapiehy otrzymano darowiznę w postaci 
wejścia do jaskini Werteby i przystąpiono 
do prac związanych z jej udostępnieniem 
dla zwiedzających. W Olesku urządzono 
schronisko turystyczne obok zamku królew- 
skiego w wyremontowanym domku, gdzie 
uzyskano 8 miejsc noclegowych. W Uściecz- 
ku Zarząd Gminy darował grunt pod budo- 
wę stanicy kajakowej i pole campingowe, 
a w Trembowli urządzono plażę i przystań 
kajak ową 28. Nadal duże znaczenie przy- 
kładano do wydawnictw. W nakładzie po 
1500 egzemplarzy powstały nowe przewod- 
niki: Przewodnik po Brzeżanach i okolicach, 
opracowany przez S. Wiszniewskiego, oraz 
Przewodnik po Skałacie i powiecie, autor- 
stwa J. Opackiego. Dodatkowo, w r. 1938 
wydano 18000 widokówek dla Czortkowa, 
Św. Trójcy i Złoczowa. Niestety, działalność
		

/p0037.djvu

			wydawnicza z powodów finansowych zo- 
stała zubożona ze względu na zaniechanie 
wydawania "Znicza Podola", który dzisiaj 
jest kopalnią wiedzy o regionie. Rozpoczęto 
starania o wydzierżawienie i oddanie pod 
opiekę Towarzystwa zamku skałackiego oraz 
zamku w Trembowli. W celu rozwoju tury- 
styki kajakowej od Związku Strzeleckiego 
wydzierżawiono przystań w Tarnopolu, gdzie 
urządzono pomieszczenie do przechowywa- 
nia kajaków i szatnię. Towarzystwo zakupiło 
ponadto pięć kajaków, namioty, sprzęt bi- 
wakowy; w pomieszczeniu znalazło się też 
miejsce na sprzęt członków - 3 żaglówki 
i 8 kajaków. Sprzęt do pływania posiadały 
również oddziały Towarzystwa (także i łodzie 
motorowe)29. Również w Trembowli urzą- 
dzono przystań i plażę, do celów turystyki 
wodnej przygotowano domki campingowe 
nad Seretem w Skoromłotach oraz w Be- 
remianach nad Dniestrem. W Towarzystwie 
utworzono Sekcję Narciarską, wchodzącą 
w skład Polskiego Związku Narciarskiego, 
organizowano kursy narciarskie i wyjazdy 
na narty. W tymże roku wydano informator 
letniskowy Słoneczne Podole w nakładzie 
20 tys. egz. oraz prospekt reklamowy Kraj 
słońca i winnic, opisujący walory Podola. 
W roku 1938 polepszyła się sytuacja finan- 
sowa Podolskiego Towarzystwa Turystycz- 
no-Krajoznawczego. Uzyskane środki prze- 
znaczono na budowę drogi oraz poprawę 
mostu na trasie do grot i jaskiń w Krzywczu 
Górnym, a także na przebudowę skrzydła 
zamkowego w Czortkowie. W następnym 
okresie działalności Towarzystwa, tj. do 30 
kwietnia 1939 r., powstały nowe oddziały 
w Bilczu Złotym i w Husiatynie. Struktura 
organizacyjna była wówczas następująca: 
Wydział Centralny w Tarnopolu składał się 
z Prezydium i z 10 sekcji, łącznie z po- 
wstałą jesienią 1938 r. Sekcją Narciarską. 
Z 22 oddziałów powiatowych czynnych było 
15, 4 przejawiały słabą działalność, 3 nie 
wykazywały żadnej. W roku 1938 wzrosła 
do 1609 osób liczba członków, w tym 595 
w Tarnopolu i 1014 w województwie. Majątek 
Towarzystwa w końcowym okresie jego dzia- 
łalności, prócz opisanych nieruchomości, 
tworzyły zbiory muzealne, biblioteki i sprzęt 
turystyczny. Niepoliczalną wartością skła- 
dającą się na majątek Towarzystwa był też 
zapał i oddanie jego członków, niestety nie- 
licznych w tym opracowaniu wymienionych 


z nazwiska, którzy dopro- 
wadzili w tak krótkim cza- 
sie do jego tak znacznego 
rozwoju. 


KonsekwenCje II wojny 
światowej odsunęły od 
granic Rzeczpospolitej jej 
Kresy Wschodnie. To, co 
wykonali dla społeczeń- 
stwa działacze Podol- 
skiego Towarzystwa Tury- 
styczno-Krajoznawczego, 
tylko w niewielkim stopniu 
zachowało się w postaci materialnej dla 
przyszłych pokoleń, pozostało jednak w na- 
szej pamięci ich oddanie dla idei turystyki 
polskiej oraz patriotyczne zaangażowanie 
w zagospodarowanie regionu. 


Podsumowaniem ich działalności jest Proto- 
kół Komisji Rewizyjnej Podolskiego Towarzystwa 
Turystyczno-Krajoznawczego spisany dnia 24 
maja 1939 r. z rewizji ksiąg rachunkowych za 
rok 1938: Komisja w składzie: dyr. inż. Włady- 
sław Burgielski, insp. Eugeniusz Pfisterer, dyr. Mi- 
chał Greszczuk i Bronisław Szozda. w obecności 
skarbnika Mariana Rozdolskiego, przeprowadziła 
kontrolę ksiąg, zamknięć i wyrywkową kontrolę 
dokumentów rachunkowych za rok 1938, stwier- 
dzając zgodność zapisów, bilansu i rachunku 
strat i zysków. Na podstawie wyników kontroli 
Komisja Rewizyjna uchwaliła postawić wniosek 
Walnemu Zgromadzeniu na udzielenie absoluto- 
rium z działalności za rok 1938. Na tym protokół 
zakończono i podpisan0 30 . 


Myślę, że i my, badający działalność 
Podolskiego Towarzystwa Turystyczno-Kra- 
joznawczego, powinniśmy jego działaczom, 
dziękując dziś za wieloletnią pracę, udzielić 
pełnego absolutorium. 


JERZY KAPŁON, ur. 1956 w Zabrzu, syn Iwowian- 
ki i zadwórzanina. Absolwent Politechniki Śląskiej, 
inżynier-mechanik. Przewodnik beskidzki, dzia- 
łacz PTTK na szczeblu ogólnopolskim, dyrektor 
Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej PTTK 
w Krakowie. Autor licznych publikacji związanych 
z historią turystyki górskiej, zwłaszcza w Karpa- 
tach Wschodnich. 


Przypisy na str. 58 


35
		

/p0038.djvu

			Bronislaw Król 


Miastu 


Zakochałem się w Tobie - 
mój Lwowie, tym kochaniem 
naj milszym na świecie - 
jakim darzyć umieją 
jedynie obłąkani miłością poeci! 


Gdybym tyl ko potrafił - 
na pewno słońcem bym 
Cię owinął - byś się złocił - 
jak fala pieszczona, miodopłynna 
ławica bursztynu. 


I w ogóle - w stosunku do Ciebie 
takie jakieś mam chcenia wariackie - 
przemalować na pasy tęczowe 
kopułę nad placem Mariackim. 


I począwszy aż het, ze Zniesienia, 
aby skończyć gdzieś tam - 
- w Lesienicach 
- przez Krzywczyce, Park Stryjski 
i Sichów - 
mleczną drogą brukować ulice. 


Lub wyjść nocą na wieżę Elżbiety, 
wykraść gwiazdy niebieskiej oprzędzy 
i zanieść Lwowiakom na piersiach 
na szerokiej orderowej wstędze. 


Albo zmienić się w promień gorący 
i pogodnym pieszczotliwym rankiem 
- spaść uśmiechem na usta 
i oczy każdej Twojej 
prawdziwej Lwowianki! 


Za co - pytasz. Za wszystko. 
A może - za to tylko - 
(w pamięci mam świeżej) 
- żeś się do mnie serdecznie 
uśmiechnął - przytulił 
gorąco i szczerze! 


Zakochałem się w Tobie - 
mój Lwowie - tym kochaniem 
najmilszym na świecie, 
jakim darzyć umieją jedynie 
obłąkani miłością poeci! 


36 


POEZJA 


Powyższy wiersz znalazł się pierwotnie w jednej 
z przedwojennych gazet lwowskich. Odnalazła go 
p. Emilia Chmielowa i przekazała do druku redak- 
cji krakowskiego "Dziennika Polskiego" - został 
tam wydrukowany w numerze z 20 maja 1992. 
Niniejszym przedstawiamy go po raz trzeci. 


BRONISŁAW KRÓL, muzyk i poeta, należał 
w czasie II wojny we Lwowie do konspiracyjnej 
grupy literackiej "Żagiew", o której wspomnienie 
pióra innego członka tej grupy, Leszka Goliń- 
skiego, przedstawiliśmy w CL 1/08. O grupie tej 
i jej głównej postaci - Henryku Grebie - Janie 
Obuchu - a także o B. Królu i innych pisał prof. 
S. Sierotwiński w swej książce Kronika życia lite- 
rackiego w Polsce pod okupacją... Jej fragment 
przedrukowaliśmy w CL 3/07.
		

/p0039.djvu

			Karolina Lanckorońska 


KotIlorowscy 


Wspomnienie Karoliny Lanckorońskiej 
o Tadeuszu Komorowskim (Borze) i jego 
rodzinie pochodzi z książeczki pt. Szkice 
wspomnień, wydanej przez Bibliotekę" Wię- 
zi" w Warszawie w 2005 r. 
Przed wojną pobieżnie tylko znałam ma- 
jora Komorowskiego, słynnego kawalerzy- 
stę, i jego żonę Irenę Lamezan, córkę gen. 
Lamezana, wielkiego patrioty polskiego, by- 
łego generała w wojsku austriackim, pocho- 
dzenia francuskiego. Matka Ireny, z domu 
Wolańska, posiadała Świrz - jeden z ostat- 
nich zamków obronnych w Galicji Wschod- 
niej, które nam Austria zostawiła. Świrz po 
śmierci państwa Lamezan stał się stałym 
domem obojga Komorowskich, nieraz do 
niego wracali wspomnieniem. 
Widywałam ich przy okazjach uroczy- 
stych, jak na przykład pogrzeb Leona Pi- 
nińskiego, profesora i mecenasa, spowino- 
waconego z Ireną, którą widywałam trochę 
częściej. 
Należeli we Lwowie do grupy wojsko- 
wych, która z moją grupą uniwersytecką 
miała mało kontaktów. Poznałam ich dopie- 
ro w Krakowie w maju 1940 roku, gdy po 
wsypie ZWZ przedarłam się cudem spod 
bolszewików do Niemca - do Krakowa. Po 
paru dniach zjawiła się u mnie Dzidzia Krze- 
czunowicz. Pamiętałam ją dotąd jedynie ze 
Lwowa, z restauracji u "George'a", gdzie 
stale przebywała, paląc papierosy. Mocno 
się na jej widok zdziwiłam. Powiedziała mi 
krótko i węzłowato: Wiem}!, że pani we Lwo- 
wie pracowała w ZWZ. Moja opinia o Dzidzi 
(Maria) Krzeczunowicz zmieniła się rady- 
kalnie. Przyjechał ktoś ze Lwowa, kto na 
Pani ręce składał przysięgę. Stąd dowódca 
wie o pani i oczekuje pani jutro o 14.30. Tu 
podała dokładny adres i sposób pukania 
do drzwi. Na drugi dzień poszłam. Otwo- 
rzyła Dzidzia i Renia Komorowska. Obie 
były obecne przy rozmowie, którą przepro- 
wadził ze mną mężczyzna niezbyt wysoki, 
w średnim wieku, o smagłej twarzy, który 
patrzył na mnie uważnie, ciemnymi bardzo 
oczami. Pytał o Lwów, o szczegóły wsypy 
i o moją pracę. Następnie mi oświadczył, 


że dla mnie obecnie roboty tutaj nie ma. 
 
Wyprostowałam się więc i zameldowałam, IIIIIIIIIIIIIII 
że pragnę się przez Węgry przedostać do 
Rzymu, gdzie mam kontakty, by uświado- 
mić Watykan (i tym samym Zachód) o tym, 
 
co się dzieje w Małopolsce Wschodniej. 
 
Wyobrażałam sobie bowiem, że tam nikt 
nic nie wie, widzą w Rosji tylko wroga Nie- O 
miec. Dowódca się namyślił: Dobrze. Zga- 
dzam się, ale to nie nastąpi zaraz. Jutro 
idzie ktoś tutaj już spalon}!, po nim pójdzie a== 
pani i zabierze nasze meldunki oraz kontakt 
na Budapeszt. Będzie pani zawiadomiona. 
Proszę tymczasem się trenować, bo droga 
piesza będzie długa. _ 
Na drugi dzień powiedziała mi Dzidzia, że ____ 
rozmawiałam z dowódcą okręgu krakowskie- 
go, a mężem Reni, Tadeuszem Komorow- 
skim, którego w pierwszej chwili nie pozna- 
łam. Później się miałam dowiedzieć, że po 
klęsce wrześniowej wybierał się na Zachód, 
gdy tylko usłyszał przez radio, że wojsko się 
tworzy we Francji. W ostatniej chwili zatrzy- 
mał go rozkaz Sikorskiego (dany drogą ra- 
diową), że oficerowie od majora wzwyż mają 
zostać w kraju, bo tam się przygotowuje 
walka podziemna. Komorowski - niechętnie 
- został, bo chciał się bić w walce zbrojnej. 
Zaczął organizować okręg krakowski. 
Wkrótce otrzymałam wiadomość, że 
przejście do Rzymu przez Węgry jest już 
niemożliwe. Nie mając wiele nadziei na przy- 
dział do pracy konspiracyjnej, zaczęłam sta- 
rać się być pożyteczną w legalnej pracy cha- 
rytatywnej. Zostałam przyjęta do wówczas 
jeszcze istniejącego Polskiego Czerwonego 
Krzyża i załatwiałam jednocześnie drobne 
sprawy dla ZWZ. Wówczas weszłam w bliż- 
szą znajomość z Dowódcą. Pamiętam, że 
mi kazał tłumaczyć na język niemiecki teksty 
o treści demoralizującej wojsko niemieckie, 
przeznaczone na afisze, później nocami roz- 
klejane po murach miasta. Raz, gdy praco- 
wałam już w RGO (Rada Główna Opiekuń- 
cza), po likwidacji PCK, kazał mi zaprzysiąc 
jednego z kolegów. Wspomniał, że ten pan 
jest radcą w MSW. Odpowiedziałam, że by- 
łaby to sprawa bardzo łatwa, bo ten pan ma 
biuro obok mojego. Czy mogę o coś zapytać? 
W oczach mojego rozmówcy błysnęło zacie- 
kawienie. Bardzo proszę. - Czy jest rzeczą 
zupełnie pewną, że oficer rezerwy uważałb}!, 
że przysięga złożona na ręce kobiety ma tę 
samą wagę, co przysięga odebrana przez 


37
		

/p0040.djvu

			drugiego oficera? Pauza, zmarszczył brwi. 
Niech Pani na razie nic nie robi. Zobaczy- 
my. Poprosił Renię o opinię w tej sprawie, 
ona (z żalem) przyznała mi rację. Zlecenie 
poszło na cały okręg krakowski, że tylko 
w razie konieczności kobiety mają odbierać 
przysięgę od oficerów. Grot to zlecenie roz- 
szerzył na całe AK. Z tego przykładu widać, 
że Prawdzic (kolejny pseudonim Komorow- 
skiego) był dostępny dla każdej propozycji 
czy uwagi podwładnych. Osobiście był od- 
wagi nieustraszonej, narażanie podwładnych 
jednak nie przychodziło mu łatwo. Natomiast, 
jeśli podwładny przedstawiał dobry, choć 
drażliwy projekt i siebie proponował jako 
wykonawcę - chętnie się zgadzał. Ten tak 
tolerancyjny sposób odnoszenia się do nas 
bardzo nam ułatwiał pracę. Czuliśmy wszy- 
scy, że on uważa tę pracę za współpracę. 
Bardzo nie lubił hurapatriotów. Tak nazywał 
ludzi nieodpowiedzialnych (bynajmniej nie 
tylko młodych), którzy koniecznie głośno 
i gołosłownie, a szczególnie śpiewem chcieli 
manifestować swoją miłość Ojczyzny. Nie 
dbali o to, że narażaliby nie tylko siebie, 
ale nieraz kobiety i dzieci, nie rozumieli, że 
takie wyczyny były Niemcom na rękę. Uła- 
twiało im tak aresztowania, jak deportacje 
na pracę. 
Wówczas też się zaprzyjaźniłam z Renią. 
Wzięłam ją ze sobą, gdy się dowiedziałam 
przez PCK, że Niemcy przysłali kilkuset jeń- 
ców wojennych, szeregowych i nielicznych 
oficerów, beznadziejnie chorych na gruźlicę, 
do Krakowa. Zostali umieszczeni w kolegium 
jezuickim na ulicy Kopernika. PCK się dowie- 
dział, że ci ludzie są bardzo źle żywieni. Za- 
częła się nowa robota. My z Renią i kilkoma 
dziewczętami porwałyśmy co się dało z PCK 
i popędziłyśmy na ulicę Kopernika. Wojsko- 
wa straż niemiecka puściła delegację PCK. 
Zaczął się wtedy długi okres pracy. Musia- 
łam wydalić bardzo za to na mnie obrażone 
młode dziewczęta, których nie można było 
zostawić przy otwartej gruźlicy. Zostałyśmy 
z Renią i dwiema jeszcze paniami. 
Dowódca powierzył mi wtedy opiekę nad 
Renią. Była to rzecz trudna, o czym dosko- 
nałe sam wiedział. Coraz to ze szpitala czy 
z biura PCK gdzieś znikała. Czułam się, 
jakbym chciała łapać rybę w stawie. Jej 
absolutna, a nie zawsze ostrożna odwaga 
była niepokojąca. Dobrze pamiętam, jak raz, 
gdy zostałam na noc przy umierającym na 


38 


gen. Tadeusz Bór-Komorowski 


Kopernika, Renia tego 
dnia o świcie wpadła 
do mojego mieszkania, 
chciała mi dać znać, 
bym nie szła do sze- 
fa sztabu "Jasia" na 
Sławkowską. "Jaś" jest 
aresztowany, a sytuacja 
ogólna bardzo niedobra. 
Nie zastała mnie, bo nie 
wróciłam na noc. Gdy wracałam, była już 
prawie godzina jedenasta. Spotkałam po 
drodze szereg gestapowców w mundurach. 
Wreszcie zobaczyłam po drugiej stronie mo- 
jej ulicy Renię. Trzymała pod ręką wazon 
zakopiański z mojego pokoju, w którego 
dnie było wtopione złoto ZWZ. Rozmawia- 
ła z nieznaną mi kobietą. Udawałam, że 
ich nie widzę i weszłam do bramy mojego 
domu. Dopadła mnie Renia: Więcjesteś, nie 
byłaś u "Jasia". - Byłam tam i to dwa razy, 
nikogo nie było. Spóźniłam się, miałam być 
wcześniej. Ogromnie mi przykro, ale sama 
wiesz, jak to jest przy umierającym. 
Na drugi dzień uratowała życie męża. 
Było to w dzień wielkiej wsypy krakowskiej 
21 kwietnia 1941 roku. Poszłam do PCK, 
dokąd przed chwilą dzwoniła Renia, że 
przyjdzie do mojego mieszkania. Popędzi- 
łam tam. Czekałam i czekałam. Nigdy tego 
nie zapomnę. Najpierw przyszła łączniczka 
w bardzo dużym podnieceniu i opowiedziała 
w szalonym tempie masę tragicznych szcze- 
gółów prawdziwych oraz, jak się później 
okazało, częściowo nieprawdziwych. Sta- 
rałam się jej - wobec stanu jej podniecenia 
- szybko pozbyć. Po chwili przybiegła Renia 
i powiedziała: On zaraz tu będzie. Popędzi- 
ła bowiem do sklepu, gdzie jako ekspedient 
pracował jej mąż. Na szczęście właściciel 
sklepu był w tej chwili nieobecny. Szepnęła 
mężowi: Musisz stąd iść w tej chwili do Karli, 
masz adres i wpakowała mu do ręki kartkę: 
Karla czeka w niemeldowanym mieszkaniu, 
Wenecja 7, /I piętro. - Nie mogę, bo czekam 
na kontakt. Ona: Chcesz zginąć? Szukają 
ciebie po całym mieście, mają twój rysopis. 
Musisz! i wybiegła ze sklepu. Na rogu ulicy 
odwróciła się ze strachem, odetchnęła. Idzie 
i popędziła do mnie. Po chwili przyszedł, był 
zu pełn ie spokoj ny. Ciepło się zrobiło wokoło 
nas, tyle powiedział. Został u mnie czeka- 
jąc na przyjazd podwładnego ze wsi, który 
przyjechał po niego na drugi dzień wózkiem.
		

/p0041.djvu

			Oczywiście zorganizowała to Renia. Opuścił 
(na zawsze!) Kraków, po paru dniach już był 
w Warszawie - do końca. 
Gdy zostałam aresztowana w 1942, Re- 
nia (po dwunastu latach bezdzietnego mał- 
żeństwa) była w ciąży. W grudniu urodziła 
zdrowego syna, o czym się dowiedziałam 
w Ravensbruck. Z dwuletnim Adasiem prze- 
szła początkowe sukcesy, a potem męki 
Powstania i w Pruszkowie (!) urodziła dru- 
giego syna. 
Z Generałem spotkałam się dopiero 
w Londynie w 1947 roku. Reni jeszcze nie 
było. Niedługo potem dotarła do Londy- 
nu z obydwoma synkami. Tam się znaleźli 
w ogromnie ciężkich warunkach finanso- 
wych, żyli głównie z zarobków Reni, która 
założyła firmę tapicerską. Z ogromnym wy- 
siłkiem szyła śliczne, ciężkie zasłony, choć 
nigdy nie miała sił fizycznych. Z wielkim 
trudem i niewielkim sukcesem dawała radę 
obowiązkom sprzątania i kuchni. 
Sekretarzowałam Generałowi przy pisa- 
niu jego książki. Gdy doszliśmy do proble- 
mu terminu Powstania, widziałam, że bierze 
całą odpowiedzialność za wybuch na siebie. 
Bardzo, a bardzo przepraszam, ale ja sły- 
szałam inną wersję. Posmutniał. Po chwili 
powiedział: Tak będzie prościej. Po co winić 
jeszcze i innego? Zresztą trzeba przyznać, 
że napięcie wśród ludności było straszne. 
Mogło wybuchnąć "dzikie" powstanie, bez 
komendy i bez kontroli. Byłoby to zapewne 
jeszcze gorsze. Osiągnęłam małą poprawkę. 
Zapytałam go wtedy wręcz, dlaczego nie 
kazał Reni z Adasiem wyjechać na czas 
przed Powstaniem, przecież wiedział, że 
Renia jest w ciąży. Odpowiedź brzmiała: 
Moralnie nie miałem prawa zadbać o swo- 
ich, skoro tysiące kobiet z dziećmi zostaje 
w Warszawie. 
Gdy umarł nagle na serce w roku 1966, 
Renia straszliwy cios zniosła bohatersko 
- dla synów. Po pogrzebie mi powiedzia- 
ła: Pomyślałam w tej chwili najgorszej, że 
trumna jest niewielka, dobra do transportu. 
Leżeć w Kraju było jego marzeniem. Pew- 
nie się i to nie spełni. 
Wreszcie po dwu latach umarła i ona 
- na serce. 


Fundacja Lanckorońskich, Cambridge, W. Bryta- 
nia, wyraziła zgodę na wykorzystanie powyższego 
tekstu w kwartalniku "Cracovia-Leopolis". 


SYLWETKI 


. 
1)"Til,J ZCtl
NII
lłZI
 
Z C.lłCtl)IJ lłl
"TI
lłY 


W ubiegłym 2008 roku (maj-czerwiec) 
zmarło dwóch stanisławowskich przyjaciół, 
którzy w II wojnie światowej odznaczyli się 
jako dzielni kombatanci w walkach na terenie 
Kraju i na Zachodzie. Przyjaźń łączyła ich od 
wczesnej młodości aż do końca życia. 
Julian Piotrowski (1920 Mariampol 
- 2008 Wrocław) oraz Tadeusz Szty- 
I i ń s k i (zm. 2008 Wrocław) po maturze 
w stanisławowskim gimnazjum zostali powo- 
łani na Kurs Podchorążych, który ukończyli 
w lipcu 1939 r. Już niebawem przyszło im 
stanąć do walki w ramach 48 Pułku Piechoty 
Strzelców Karpackich, zakończonej inter- 
nowaniem na Węgrzech. Wiosną 1941 r. 
dotarli przez Jugosławię i Grecję na Bliski 
Wschód, a po wstąpieniu do Samodzielnej 
Brygady Strzelców Karpackich wzięli udział 
w obronie Tobruku i innych bitwach. 
W 1942 r. Brygada została przeniesiona 
do Iraku, a potem do Palestyny i tam nastąpi- 
ło jej połączenie z jednostkami Armii Polskiej 
gen. Andersa, ewakuowanymi z terenu ZSRR 
- tworząc razem III Dywizję Strzelców Kar- 
packich. Wraz z V Kresową Dywizją Piechoty 
oraz Brygadą Pancerną powstał w ten spo- 
sób II Korpus Polski, który pod koniec 1943 r. 
przeniesiono do południowych Włoch. 
Wtedy nastąpiła rozłąka obu przyjaciół, 
a ich wojenne losy potoczyły się odtąd róż- 
nymi drogami. 
J. Piotrowski zgłosił się do jed nostki spe- 
cjalnej Naczelnego Wodza - cichociemnych- 
-komandosów. Po szkoleniu z 606 ochot- 
ników 316 zostało przerzuconych do kraju. 
Wśród nich - Piotrowski (przyjął pseudo- 
nim Rewera) z ekipą, która po czterech 
próbach wykonała udany skok z samolotu, 
w przeddzień wybuchu Powstania Warszaw- 
skiego. Walczył tam aż do dnia kapitulacji 
Powstania, dostał się do obozu jenieckiego 
w Niemczech. 
Po zakończeniu wojny, po paru latach 
pobytu w Anglii, powrócił do kraju w 1948 r. 
 


39
		

/p0042.djvu

			E 
CD 
.- 
c: 
co 
-c 
N 
E 

 
N 
tn 
CO 
Z 


WATRA, RAJD I DORADCY 


Tego lata odbyła się, jak corocznie, Watra - z przymiotnikiem łemkowska. Jej 
miejscem była Zdynia w powiecie gorlickim, a więc w woj ew. krakowskim. Aby sobie 
wszyscy zapamiętali, gdzie ruska ziemia. 
Mamy jednak wątpliwości co do łemkowskiego charakteru owej Watry. Oto zie- 
mia, gdzie żyli Łemkowie, niezbyt liczne plemię o korzeniach wołoskich, tyle że przez 
wschodnią Cerkiew zawłaszczeni najpierw jako prawosławni, potem jako grekokatolicy. 
Społeczność ta stała się przestrzenią penetrowaną ideologicznie przez Ukrainę. Tak 
się zdarzyło, że tego lata nie przybył sam prezydent Juszczenko, jak ostatnio przez 
parę lat (ma teraz różne kłopoty, co wiemy z mediów), pojawili się natomiast całkiem 
oficjalnie... banderowcy. 
Czy nikt się u nas nad tym nie zastanawia? Gazety polskie ("Gazeta Wyborcza", 
ale i "Dziennik Polski") radośnie zrelacjonowały - z wieloma malowniczymi zdjęciami 
- wzruszające spotkanie, tańce i... krytykę strony polskiej. Nie spodobał się miano- 
wicie projekt postawienia w tej okolicy pomnika Kazimierza Pułaskiego! 
Tu nasuwa się refleksja. Polaków na zabranych ziemiach południowo-wschodnich, 
a także na całej Ukrainie, jest nieporównywalnie więcej niż Rusinów (różnej maści) 
w obrębie powojennej Polski. Czy jednak któryś z prezydentów RP (wspierany przez 
tłum nieźle płatnych doradców) wpadł kiedykolwiek na pomysł, by udać się na spo- 
tkanie z Polakami za kordonem? W Małopolsce Wschodniej czy na Żytomierszczyź- 
nie? I nie przy okazji, lecz specjalnie. Czy tamtejsi Polacy mogliby marzyć o urządze- 
niu takiej fety, na którą zjechałaby się młodzież zarówno z tej, jak i z tamtej strony 
Zbrucza, goście z RP, z Wielkiej Brytanii czy z Ameryki? I czy mogliby oprotestować 
stawianie pomników Bandery lub choćby tablicy pamiątkowej Szuchewicza akurat na 
szkole polskiej we Lwowie? 
Oczywiście, że nie, bo to - jak uważają kierujący dziś życiem politycznym w kraju 
- mogłoby zaszkodzić pomarańczowej Ukrainie. O naiwności! 
Druga refleksja: owa Watra (i poprzednie oraz podobne udane imprezy stały się 
niewątpliwie papierkiem lakmusowym w kwestii reakcji strony polskiej na ukraińską 
demonstrację wybryków politycznych, niekoniecznie Polsce przyjaznych. Brak reakcji 
strony polskiej, bodaj w formie zastosowania s y m e t r i i (która dla polskich ideologów 
nie pasuje do poprawności politycznej), doprowadził w końcu tego lata do karygod- 
nego "rajdu banderowskiego". Tu jednak reakcja społeczeństwa (wcale nie tylko tzw. 
kresowian, jak to usiłowano określić dla pomniejszenia problemu) była na tyle silna, 
że owi ideolodzy z MSZ i MSWiA musieli zareagować. Oby ich to czegoś nauczyło. 
A może warto niektórych doradców wymienić na innych? 



 i osiadł przy ekspatriowanej rodzinie we Wro- 
cławiu. Przez kilka dziesiątków lat był inwigilo- 
wany przez UB oraz zdegradowany ze stop- 
nia oficera do szeregowca. Dopiero po końcu 
komuny awansowano go do stopnia majora 
w stanie spoczynku. We Wrocławiu ukończył 
studia jako mgr inżynier budownictwa. 
T. Sztyliński jako żołnierz II Korpusu wal- 
czył w kampanii włoskiej, brał udział w bitwie 
o Monte Cassino w maju 1944. W stopniu 
podporucznika pełnił funkcję dowódcy pluto- 
nu, który w walkach uczestniczył bezpośred- 
nio w czasie ostatecznego natarcia przez 8 
dni, aż do zdobycia klasztoru. 


40 


Został ranny, przebył długotrwałe le- 
czenie i rehabilitację we Włoszech i An- 
glii. Równocześnie w Anglii ukończył studia 
elektrotechniczne. Powrócił do kraju, tak jak 
Piotrowski, w 1948 r. i zamieszkał we Wro- 
cławiu razem z rodziną, która deportowana 
- wydostała się z Sybiru. Jego ojciec został 
rozstrzelany w Ostaszkowie. 
Takie były losy dzielnych polskich chłop- 
ców. 


Na podstawie relacji Mieczysława Piotrow- 
skiego, brata Juliana i przyjaciela Tade- 
usza.
		

/p0043.djvu

			Z TAMTEJ 
STRONY 


Wydarzenia 
. W Ostrogu (Wołyń) dochodzi do następ- 
nego konfliktu ze strony nacjonalistów ukra- 
ińskich w stosunku do parafii rzymskokato- 
lickiej, w której proboszczem jest znakomity 
ksiądz Witold J. Kowalów. Jego nazwisko 
znamy doskonale z licznych wydawnictw, 
przysyłanych nam regularnie. 
Kolejna afera polega na zamiarze od- 
cięcia części terenu przy kościele ostrog- 
skim, by przeprowadzić drogę do cerkwi. 
Na wystąpienie bpa Trofimiaka hierarcho- 
wie Cerkwi prawosławnej (do której należy 
owa cerkiew) wzruszają ramionami, władze 
odwlekają decyzje (taki zwyczaj!). 
Ks. Kowalów (rodem z Podhala) jest 
redaktorem pisma "Wołanie z Wołynia" (pu- 
blikowanego w dwóch językach) oraz wy- 
dawcą kilkudziesięciu już książek. Rozmowa 
z ks. Kowalowem znalazła się w numerze 


WzW nr 2/09, jak zawsze przynoszącego 
ciekawe wiadomości historyczne i aktualne, 
o ludziach i wydarzeniach. 


. Nowy arcybiskup lwowski wprowadza nowe 
porządki. Wielu proboszczów, którzy byli dotąd 
przez wiele lat związani ze swymi parafiami, 
obecnie jest przenoszonych do innych. I tak 
np. ks. Józef Legowicz przeszedł z Mościsk 
do katedry lwowskiej, ks. Władysław Derunow 
z Kamionki Strumiłowej do Mościsk, ks. Jan 
Nikiel ze Stryja do katedry lwowskiej itd. 


. Ukraińscy unici zamierzają wystąpić do 
Watykanu o beatyfikację grekokatolickiego 
księdza Andrija Bandery, ojca znanego 
nam skądinąd Stepana Bandery. Proboszcz 
z Uhrynowa (k. Stanisławowa) był podobno 
więziony i katowany przez N KWD oraz za- 
mordowany. To są - być może - argumenty 
do wyniesienia na cerkiewne ołtarze, zapo- 
mniano jednak o jeszcze jednym niezwykłym 
atucie: jego syn Stepan nie używał alkoho- 
lu i nie palił papierosów, jak wyczytaliśmy 
w prasie z okazji zamierzonego i zatrzy- 
manego na granicy RP w sierpniu br. rajdu 
młodzieży ukraińskiej do Monachium na grób 
owego morderczego abstynenta. 


POLACY 
Z POLAKAMI 



 


. Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Mało- 
polski - któremu przewodniczy od lat p. 
Kazimierz Barczyk - znane jest od dawna 
ze swej aktywnej działalności na rzecz Po- 
laków, a w szczególności dzieci i młodzie- 
ży zamieszkałych na terenach państw bia- 
łoruskiego, ukraińskiego, litewskiego oraz 
Królewca. Ważne jest to, że wszelkie akcje 
prowadzone sa na rzecz rodzin, w których 
do dzisiaj kultywuje się polskie tradycje 
i pielęgnuje polski język. Z wielkim uzna- 
niem przeczytaliśmy w prasie krakowskiej 
("Dziennik Polski" z lipca '09) o dwóch tego- 
rocznych przedsięwzięciach SGiPM: 


- zebranie i wysyłka książek, które mają 
trafić do bibliotek parafialnych, szkolnych 
i domowych na tamtych terenach, 
To od strony ofiarodawców bardzo piękne, 
mamy jednak coraz większe wątpliwości, czy 
w dość licznych przypadkach książki w ogóle 
trafią do potencjalnych czytelników, skoro język 
polski jest tu i ówdzie eliminowany - i to zarów- 
no przez tamtejsze administracje państwowe, jak 
i przez hierarchię Kościoła i księży - w większości 
Polaków. Kto to wyjaśni? 
- organizowanie wakacji polskim dzie- 
ciom na terenie RP pod hasłem Podaruj- 
my dzieciom lato. Stowarzyszenie zaprosiło 
dzieci pochodzące z niezamożnych p ol- 
s k i c h rodzin, zapewniając im poznawanie 
kultury, spotkania z krajowymi rówieśnikami, 
lekcje historii w miejscach, których nie moż- 
na zapomnieć, oraz inne atrakcje. 
K. Barczyk udzielił wywiadu na ten te- 
mat red. L. Osuchowskiemu w krakowskim 
"Dzienniku Polskim" (1 VIII '09) pl. Miasto 
i jego mieszkańcy powinni się angażować 
w pomoc. 


41
		

/p0044.djvu

			DWUDZIESTOLECIE 
POD WAWELEM 


N 
U 
.
 
O 
E 
(\j 
D 

 
(\j 
19 
N 
V) 
:J 
(lJ 
D 
(\j 
I- 


2 
V) 
'c 
'u 
:J 

 
N 
V) 
:J 
C 
(\j 
I 


(\j 
C 
O 

 

 


.
 
U 
	
			

/p0045.djvu

			W Krakowie 
i dalej 


Notatki 


. W Krakowie obchodzono 60-lecie uro- 
dzin prof. Ryszarda Terleckiego, naukow- 
ca, działacza, polityka, którego rodzina 
(ojciec, pisarz, Olgierd Terlecki) przybyła 
do Krakowa po II wojnie ze Lwowa. Prof. 
Terlecki był przez pewien czas dyrekto- 
rem krakowskiego oddziału IPN. Napisał 
jeden z pierwszych po wojnie przewodni- 
ków po Lwowie. Angażuje się też w ideę 
prof. R. Legutki w sprawie budowy "Mu- 
zeum Kresów". 


. Przed rokiem pisaliśmy o wiekowym Panu 
Krzysztofie Donigiewiczu, dr. weterynarii, 
urodzonym w 1908 r. w Zaleszczykach. 
Przed II wojną i ekspatriacją pracował m.in. 
w Janowie k. Lwowa, Dolinie, Stanisławo- 
wie, Bolechowie. Ostatnie parędziesiąt lat 
spędził w Nowym Sączu. 
Teraz nadeszła smutna wiadomość 
o odejściu dra Donigiewicza, w 102. 
roku życia. 
Zmarły był członkiem m.in. Ormiańskie- 
go Towarzystwa Kulturalnego oraz Towa- 
rzystwa Miłośników Lwowa i Kresów PW 
w Nowym Sączu. 


. W pierwszej połowie września zmarło 
kilka niezapomnianych osób z naszych eks- 
patrianckich kręgów, wybitnych działaczy na 
różnych polach pamięci kresowej: w War- 
szawie Danuta Łomaczewska i Zbigniew 
GroII, w Lesznie Janusz Ragankiewicz, 
w Krakowie Jadwiga Cieczkiewicz (zmarła 
poza Krakowem). 
To są dla nas rany nie do zagojenia. 
Tych wspaniałych ludzi nikt nie może za- 
stąpić. Cześć ich pamięci! 



lleWR:IK 
(i
e(ifilłfIeRRe- 
-ij:I
'T'e1\YeRRY 


BARSZCZOWICE 
Wieś w pow. lwowskim, wojew. lwowskim, poło- 
żona 17 km na wsch. od Lwowa, stacja kolejowa na 
linii Lwów-Krasne- Tarnopol. Należały do parafii rzym. 
kat. w Jaryczowie Nowym, od 1940 r. filia tej parafii. 
Parafia gr.kat. w Pikołowicach. 
Historia. Po raz pierwszy w źródłach pisanych 
występują Barszczowice w 1848 r. jako własność 
Lewickich h. Rogala. Prawdopodobnie należały do nich 
już w XVIII w. W poL XIX w. właścicielem był Kajetan 
Lewicki, założyciel ordynacji chorostkowskiej, w której 
skład weszły także Barszczowice. Po jego śmierci 
ordynacja przeszła na córkę Zofię, która w 1857 r. 
poślubiła Wilhelma Siemieńskiego. Uzyskał on zgodę 
cesarza na połączenie nazwiska żony z własnym i od 
tej pory figurował jako Siemieński-Lewicki. W rękach 
rodziny ordynacja pozostała do II wojny światowej. 
Ponieważ główna siedziba ordynacka znajdowała 
się w Chorostkowie, Barszczowice oddawane były 
w dzierżawę. W poL XIX w. dzierżawił je lwowski 
malarz Jan Maszkowski, który tam zmarł i został 
pochowany. Gościem Maszkowskiego bywał Artur 
Grottger, zaprzyjaźniony z jego synem Marcelim. 
Zabytki. Kościół pw. Nawiedzenia NP Marii, ufun- 
dowany przez Zofię Siemieńską-Lewicką w 1898 r. 
i w tym samym roku poświęcony. Ceglany, tynkowany, 
korpus czteroprzęsłowy z jed noprzęsłowym węższym 
i niższym prezbiterium, zamkniętym wielobocznie. Przy 
prezbiterium po stronie płd.wsch. wysoka kwadratowa 
wieża z kruchtą w przyziemiu; po stronie pn.zach. zakry- 
stia. Sklepienie kolebkowe. Fasada jednokondygnacyjna 
z trójkątnym szczytem. Dach nad nawą dwuspadowy. 
Kościół został zamknięty w 1945 r. i zamieniony na 
magazyn lwowskiego Muzeum Historycznego, z eks- 
pozycją poświęconą armii Budionnego; w latach 1990. 
przekazany grekokatolikom. Obraz Nawiedzenia NPM 
z głównego ołtarza znajduje się obecnie w Dobrodzie- 
niu na Dolnym Śląsku, dokąd mieszkańcy Barszczowic 
przewieźli większość ruchomości kościelnych. 
Dwór w typie dworów z 1. poL XIX w., data budowy 
nieznana. Siedmioosiowy, w części środkowej piętro- 
wy, po bokach parterowy, z alkierzami na narożach. 
Główne wejście przez oszklony ganek, od ogrodu 
taras. Dachy wysokie, czterospadowe. Po bokach i od 
tyłu rozciągał się kilkuhektarowy park krajobrazowy. 


43
		

/p0046.djvu

			'- 
 
5 e 
'o 
 
E
 
(\JD 

 (]) 
u E 
(]) 
'- '::;":') 
5 ,
 
(\J
 
e V) 

 5 
(\J o 
I- 5 
(\J- 
e '- 
(]) 'c 
- o 
(])-ł---J 
I ,
 

..c 
O o 


I(UL TURA 
NAUI 5 
o.. > 'o 
o
 
.. ..c (\J 
'ey u 
 
5 8
 

Q}.Q 
QN(\J 
u"""" 
D -..c 
ONU 
u . 
,-' S N 
'w> 
(])o
 
V1DO 
E(\Jo.. 
:J 5 , 
D

 

 . 'o 
NOJ 


j 
D- D-
		

/p0047.djvu

			Kronika 


. Z okazji przypadającej 90. rocznicy I Po- 
wstania Śląskiego Rada Miejska w Zabrzu 
zorganizowała 17 sierpnia uroczystą sesję, 
w której uwzględniono w sposób szczegól- 
ny udział kadetów lwowskich w zrywie 
powstańczym. Tematu tego dotyczyły dwa 
punkty programu sesji: 
- wykład mgra Michała Lubiny na temat 
udziału kadetów lwowskich w powsta- 
niach śląskich oraz 
- podjęcie inicjatywy budowy w Zabrzu 
pomnika Kadetów Lwowskich. 


. W krakowskiej Galerii Stowarzyszenia 
"Wspólnota Polska" otwarto we wrześniu 
wystawę fotograficzną o tematyce lwow- 
skiej Aleksego Jutina, zamieszkałego we 
Lwowie, pl. Testes muti (Milczący świad- 
kowie). Autor, Rosjanin, jest nam znany 
z wcześniejszych wystaw, zawsze prezen- 
tujących piękno polskiego Lwowa. Wśród 
fotografii znalazły się rzeźbiarskie i meta- 
lowe fragmenty elewacji, nastrojowe zdję- 
cia zabytkowych kamienic i kościołów oraz 
ich fragmenty, relikty polskich napisów na 
obiektach ulicznych, krajobrazy miejskie. 
Wydano niewielki, ale piękny albumik pa- 
miątkowy z tej wystawy. Warto, by obeszła 
ona też inne miasta RP. 


. Czytelnicy zapamiętali zapewne A p e I 
do wszystkich Strońskich, zamieszczony 
w CL 2/09, w związku z renowacją grobow- 
ca tej rodziny na Łyczakowie. W odpowiedzi 
dostaliśmy t y I k o j e d e n list, od p. Jana 
Strońskiego, zamieszkałego w Bielsku-Bia- 
łej, wnuka Jana Strońskiego, głowy tej linii 
Strońskich. 
Pan Jan przedstawił nam genealogię 
swojej gałęzi rodziny (herbu Janina), zwra- 
ca jednak uwagę, że były różne, nielwow- 
skie gałęzie tego rodu, a także inna rodzi- 
na Strońskich z Mazowsza lub Podlasia, 
o innym herbie. 
Informacje przekazane przez p. Jana są 
bardzo obszerne i interesujące. Oczywiście 
włączamy je do naszego Archiwum Wschod- 
nich Małopolan, w którym mieści się już 
sporo danych i materiałów o członkach tej 
rodziny. Napisaliśmy list do p. Jana z prośbą 
o dalsze jeszcze wyjaśnienia. 


BORYNICZE 
Wieś w pow. bóbrskim, woj ew. lwowskim, położona 
w odległ. 51 km od Lwowa, nad rzeczką Ług. Sta- 
cja kolejowa na linii Lwów-Chodorów-Stanisławów. 
Parafia rzym.kat. znajdowała się w Brzozdowcach, 
gr.kat w miejscu. 
Historia. O wczesnej historii Borynicz brak wiado- 
mości. Pod koniec XVIII w. były własnością Ufniarskich 
h. Jastrzębiec. Z córką Jana Gwalberta Ufniarskiego, 
wydaną za Kazimierza Badeniego, wieś przeszła do 
Badenich, którzy w następnym pokoleniu wymienili 
ją ze spokrewnionym z nimi Włodzimierzem Borkow- 
skim na inny majątek. Borkowski z części dawnych 
majątków Ufniarskich w 1870 r. założył ordynację, 
nie miał jednak męskiego potomka i po jego śmierci 
ordynację objęła jego wnuczka Maria Dembińska, 
żona Stanisława Mycieiskiego. Ostatnim ordynatem 
borynickim był ich syn Ludwik Mycieiski. 
Zabytki. Nieistniejący pałac, wybudowany w 1879 r. 
przez zięcia Włodzimierza Borkowskiego, Antoniego 
Dembińskiego, rozbudowany przez Stanisława MycieI- 
skiego, spalony jesienią 1914 r. przez wojska rosyjskie. 
Wyposażenie pałacu (meble empirowe i biedermeie- 
rowskie), dzieła sztuki (malarstwo polskie), kolekcje 
numizmatów i biblioteka uległy wówczas częściowo 
spaleniu, częściowo rozgrabieniu przez miejscową 
ludność. Zachowały się, stojące w odległości 300 m 
od pałacu, dwa identyczne parterowe budynki klasy- 
cystyczne (prawdopodobnie pozostałości po zabudo- 
waniach dworskich Ufniarskich). Do 1939 r. mieściły 
siedzibę właścicieli i administrację majątku. Otoczone 
były parkiem krajobrazowym o pow. 250 ha. 
DAWIDÓW 
Wieś w pow. lwowskim, wojew.lwowskim, leżąca 
w odległości 13 km na płn.wsch. od Lwowa, przy go- 
ścińcu i linii kolejowej Lwów-Chodorów-Stanisławów. 
Parafia rzym.kat. pw. św. Stanisława bpa, założona 
w 1439 r. z fundacji dziedzica Stanisława. W okre- 
sie późniejszym własność dominikanów lwowskich. 
Parafia gr.kat. w Czerepinie. 


WINNIKI (Iwow.) 
Wieś w pow. lwowskim, wojew. lwowskim, wod- 
ległości 8 km na płd.wsch. od Lwowa. Położona nad 
rzeczką Maruńką, dopływem Kabanówki, na wys. 
287 m npm. Stacja kolejowa na linii Lwów-Podhajce. C") 
Od strony płn. znajdowała się niemiecka kolonia Wein- lC) 
I.....: 
berg (nazwa pochodzi od winnic, które tu niegdyś Ci) 
uprawiano). Pod koniec w. XIX i na początku w. XX co 
pracowała tu duża fabryka tytoniu. Parafie obu wyznań t:: 
Q) 
znajdowały się na miejscu. . t:: 
Historia. Wieś istniała już w XIII w., co potwierdza 
 
dokument księcia Lwa, nadający Winniki niemieckiemu ,g 
wójtowi. Następna wzmianka pochodzi z 1418 r. Do 
 
-g 


45
		

/p0048.djvu

			Ksiqżki 
. 
czasopisma 


Nowe książki 


W Czytelnicy mieszkający w Krakowie wie- 
dzą dobrze, kim jest p. dr Karolina Grodzi- 
ska*, ale i poza podwawelskim środowiskiem 
jej nazwisko nie może być obce, ponieważ 
już przed trzema laty przedstawiliśmy z nią 
rozmowę (CL 4/06), a w CL 1/08 omawiali- 
śmy jej dwie książki. Druga z nich dotyczyła 
wczesnych lat twórczych znanej lwowskiej 
rzeźbiarki - o czym niżej. 
Obecnie ukazało się spore rozmiara- 
mi i zawartą w nim treścią dzieło Karoli- 
ny Grodziskiej zatytułowane Zapomniana 
rzeźbiarka, z podtytułem: Janina Reicherl- 
- Tothowa (1895-1986) i jej twórczość. 


Materiał książki został podzielony - co poda- 
jemy dla ogólnej orientacji - na następujące czę- 
ści. Pierwsza pt. L w ó w dzieli się na rozdziały: 
1. Dom, rodzina, przyjaciele; 2. Początek drogi 
artystycznej; 3. Wielkie pomniki, wielkie nadzieje. 
Część II W okupowanym Lwowie: 4. Lata 
strachu i przymusu; część III Kra ków: 5. Powo- 
jenna rzeźba pomnikowa; 6. Udział w wystawach 
i mniejsze prace rzeźbiarskie oraz 7. Powojen- 
na rzeźba sakralna Janiny Reichert- Toth. Część 
IV Z a koń c z e n i e: Naprzeciw losowi; wreszcie 
część V A d d e n d a, gdzie znajdujemy wykazy 
rzeźb w zbiorach muzealnych oraz przekazane 
miastu Nowy Sącz w 1986 r. 
Janina Reichert była rzeźbiarką czyn- 
ną przez kilkadziesiąt lat, a jej życie przy- 
padło na zmieniające się diamertalnie wa- 
runki. Urodziła się 
w 1895 r. (w Sam- 
borze), dorosła 
więc jeszcze przed 
I wojną i jako jedna 
z pierwszych kobiet 
dostała się na stu- 
dia w krakowskiej 
Akademii Sztuk 
Pięknych. Z Kra- 
kowem jednak nie 
zżyła się, powróciła 


46 


w strony rodzinne i od 1921 r. mieszkała 
i tworzyła we Lwowie (pierwotnie w rodzin- 
nej kamienicy przy ul. Kurkowej). 
Międzywojenne XX-lecie stanowiło okres 
rozkwitu talentu i twórczości rzeźbiarskiej 
Reichertówny. Tworzyła pomniki, rzeźby sa- 
kralne, liczne drobne dzieła: medale i meda- 
liony, figurki. Brała udział - wciąż z powo- 
dzeniem - w licznych wystawach w całym 
kraju. Warto wspomnieć, że po realizacji 
pięknej kompozycji rzeźbiarskiej głównego 
ołtarza w lwowskim kościele św. Marii Mag- 
daleny** - który szczęśliwie zachował się 
na swoim miejscu pomimo zmiennych losów 
tej świątyni - posypały się zamówienia do 
kościołów. Rzeźby ołtarzowe Reichertówny 
powstały w kościele św. Elżbiety we Lwo- 
wie, w Tarnopolu, płaskorzeźby na elewa- 
cji kościoła MB Ostrobramskiej we Lwowie 
i wielu dalszych. 
Janina Reichert poślubiła Fryderyka 
Totha, również rzeźbiarza. Zbudowali so- 
bie dom na ul. Odrowążów (boczna Stryj- 
skiej, przy cmentarzu Stryjskim)*** Jego 
i ich wspólnymi dziełami były liczne po- 
sągi, popiersia i płaskorzeźby marszałka 
Piłsudskiego. 
Okupację sowiecką przetrwali Tothowie 
we Lwowie, imali się różnych zlecanych prac 
rzeźbiarskich. Tworzyli też "dla siebie", ale 
te apolityczne dziełka pokazane na wysta- 
wie - podobnie jak innych polskich twór- 
ców - ściągnęły na nich zarzut formalizmu. 
Okupację niemiecką przeżyli głównie poza 
Lwowem, u rodziny. Pan Fryderyk, dawny 
oficer WP, włączył się do akcji podziemnej. 
Po powrocie sowietów zostali zmuszeni do 
ekspatriacji w 1946 r. We Lwowie stracili 
cały swój dobytek, większość dzieł u legła 
zniszczeniu, dom przepadł. 
Po wojnie osiedli w Krakowie, a na po- 
czątek - jak wielu plastyków - weszli do 
zespołu odnowy ołtarza Wita Stwosza z ko- 
ścioła Mariackiego. Ciesząca się renomą 
J. Tothowa powoli nawiązała kontakty. Oboje 
tworzyli liczne rzeźby sakralne na terenie 
całego kraju. Zmarli w Krakowie, spoczęli 
na cmentarzu Rakowickim. 
Jaka jest rzeźba Janiny Reichert- To- 
thowej? Na jej poznanie pozwalają liczne 
zdjęcia, pokazane w książce, z wszystkich 
epok życia i twórczości rzeźbiarki. Jej dzie- 
ło jest realistyczne, sztuka w części bliska 
klasyce, ale np. w płaskorzeźbie w mode-
		

/p0049.djvu

			lu niezrealizowanego pomnika J. Słowac- 
kiego dla Lwowa pojawia się aluzja do art 
deco. W portretach rzeźbiarskich Tothowa 
wykazuje niezwykłą zdolność oddawania 
podobieństwa (co niewielu rzeźbiarzom się 
udaje****). 
Trzeba wyrazić uznanie Autorce za wy- 
konanie ogromnej pracy dla przypomnienia 
i utrwalenia wiedzy o znakomitej rzeźbiarce 
lwowskiej 


Dr K. Grodziska jest dyrektorem Biblioteki PAU 
i PAN w Krakowie. 
W książce zabrakło zdjęcia tego ołtarza w sta- 
nie istniejącym. Wielka szkoda. 
Dom ten zadziwiał przechodniów, bo od strony 
ulicy nie miał okien! Wyjaśnienie proste: pra- 
cownia rzeźbiarska była oświetlona od góry, 
a pokoje mieszkalne z tarasem znajdowały 
się z tyłu, od strony ogrodu. 
**** Przykładem liczne dziś pomniki i popiersia 
Jana Pawła II. 


W Janusz Wasylkowski wykonał i wydał 
w swoim Instytucie Lwowskim nową, waż- 
ną dla historii naszej kultury pracę: Teatr 
z ulicy Kopernika (2008). Chodzi oczywi- 
ście o Polski Teatr Ludowy, działający od 
50 lat (1958-2008, plus kolejny rok, 51.) 
w pałacu Bielskich we Lwowie przy ul. Ko- 
pernika 42. 
Na temat tego teatru ukazało się w ubie- 
głych latach kilka broszurek i wiele artyku- 
łów, nie dawały one jednak kompleksowej 
informacji o powstaniu, rozwoju, repertuarze 
i sukcesach owej nieprofesjonalnej placówki, 
wokół której - w późnych latach pięćdzie- 
siątych - skupiła się grupa kilkudziesięciu 
zapaleńców, pozbawionych w tamtym cza- 
sie kontaktu z ojczystą kulturą. Polski teatr, 
nazwany wtedy ludowym, został nie bez 
trudności powołany do życia przez przed- 
wojennego profesora gimnazjalnego Piotra 
Hausvatera, a od 1966 r. prowadzi go re- 
żyser Zbigniew Chrzanowski. 


Nie obyło się bez różnych problemów i zgrzy- 
tów. Jesienią 1981 r. (w kraju zbliżał się wtedy 
stan wojenny), gdy aktorzy Teatru po inaugura- 
cji sezonu późnym wieczorem poszli pod po- 
mnik Mickiewicza i złożyli tam kwiaty - zosta- 
li zatrzymani przez milicję. Po przesłuchaniach 
Chrzanowski i kilka innych osób straciło pracę. 
Co prawda wkrótce dostały inne zajęcia, jednak 
Chrzanowski zdecydował się wtedy na wyjazd do 


PRL, lecz osiadł blisko, bo 
w Przemyślu. Dyrekcję te- 
atru po pewnym czasie objął 
Walery Bortiakow, Rosjanin, 
rozmiłowany w polskiej kul- 
turze. Chrzanowski potem 
zaczął dojeżdżać do Lwo- 
wa, reżyserował sztuki i grał 
w nich. 


W 1988 r. teatr po raz 
pierwszy wyjechał poza 
jałtański kordon. Gra- 
no w Rzeszowie i Łań- 
cucie. Wcześniej, poza 
Lwowem, występował w różnych miastach 
ówczesnego ZSRR, w tym w Wilnie, w kil- 
ku miastach Małopolski Wschodniej i na 
Ukrainie. 
Teatr Polski od samego początku stanął 
wobec problemu: czy biorąc pod uwagę 
brak możliwości poznawania przez Roda- 
ków - nie tylko młodzież - podstawowego 
kanonu polskiej dramaturgii, jakby na pozio- 
mie szkolnym, ograniczać się w zasadzie do 
takiego właśnie repertuaru - czy też sięgnąć 
po wielki teatr polski i światowy. Z miejsca 
przyjęto obie wersje, zadowalając różno- 
rodne zapotrzebowanie i wznosząc teatr na 
wysoki poziom tak co doboru repertuaru, jak 
i gry aktorskiej. 
Zespół aktorski, podobnie dyrektorzy 
i reżyserzy, zmieniali się z upływem czasu, 
jednak na zawsze weszły do dorobku tego 
teatru nazwiska Jolanty Martynowicz (zmar- 
ła w 2004 r.), Władysława Łokietki (zmarł), 
Luby Bartosz, Heleny i Jadwigi Pechaty, 
Lidii Chrzanowskiej-Iłku, Krystyny Grzegoc- 
kiej, Stanisława Czerkasa (wyjechał do RP), 
Zbigniewa Jarmiłki, Janusza Tyssona i wie- 
le jeszcze innych. Osobno trzeba wymienić 
świetnego scenografa i aktora Walerego 
Bortiakowa (zmarł 2007), Andrzeja Nikode- 
mowicza, kompozytora, który tworzył stro- 
nę muzyczną przedstawień (przeniósł się 
do Lublina), a wreszcie Zbigniewa Chrza- 
nowskiego, dyrektora, głównego reżysera 
i d uszę teatru. 
Janusz Wasylkowski dał znakomitą mo- 
nografię Teatru, zarazem kalendarium wy- 
stawianych sztuk, programów poetyckich, 
wieczorów artystycznych, gościnnych wy- 
stępów poza Lwowem. To wspaniały doku- 
ment teatralnego półwiecza. To równocze- 
śnie godna cząstka kultury ogólnopolskiej. 


47
		

/p0050.djvu

			W Kresowe Trójmia- 
sto - jak nazwał je autor 
znakomitej książki - ale 
może lepiej trójmia- 
sto wschodniomało- 
p o I s k i e (bo kresy gdzieś 
tam hen, na dalekiej Ukra- 
inie) - to niezwykłe trzy 
miejscowości bliskie sobie, 
a jakże różne, tak jak i te 
nadmorskie. Drohobycz 
historyczny, gotycki, in- 
teligencki, wyrósł kiedyś 
na soli. Naftowy Borysław to produkt XIX- 
wiecznej "gorączki złota", nieobcej - wraz 
ze swym bogactwem i nędzą - w żadnym 
kraju świata. A między nimi - geograficznie 
i geologicznie - ten trzeci. Nafta, wosk, sól 
i jeszcze ileś tam innych skarbów mineral- 
nych stworzyło niepowtarzalną mieszaninę 
uzdrawiających wód, dzieląc się sławą wśród 
trójcy polskich super-zdrojów: Krynica- Tru- 
skawiec-Ciechocinek. 
Niepowtarzalne trójmiasto na styku wo- 
jewództw lwowskiego i stanisławowskiego 
stało się tematem niezwykłej książki, na- 
pisanej przez prof. Stanisława S. Nicieję 
(Wydawnictwo MS, Opole 2009). Dostali- 
śmy monografię owych trzech miejscowo- 
ści, które wiele dzieliło, ale i wiele łączyło 
(piszemy w czasie przeszłym, bo półwieko- 
wa okupacja sowiecka zniszczyła ich cha- 
rakter, specyfikę). Drohobycz przestał być 
miastem przemysłu i inteligencji, Borysław 
- krajobrazem szybów kopalnianych, a Tru- 
skawiec - eleganckim kurortem. 
Rzeczą więc autora stało się odtworze- 
nie tego, co było. Książkę zapełnił ogrom- 
ną liczbą zdjęć, w większości archiwalnych 
- widoków miast, budowli, ludzi wybitnych 
i zwykłych*. Zdjęcia te ilustrują liczne opisy 
trzech miejscowości i ich dzielnic, żywo- 
ty i dzieła ludzi z nimi związanych, wyda- 
rzenia historyczne, społeczne, towarzyskie. 
Sporo miejsca poświęca tym, którym owo 
trójmiasto zawdzięcza wielostronną sławę: 
inżynierom, przemysłowcom, poetom, pisa- 
rzom, malarzom... 
Książka prof. Niciei należy do najcie- 
kawszych, jakie dostaliśmy w ostatnim roku 
- dwóch. Warto, by młodsze pokolenia do- 
wiedziały się o normalnym, polskim życiu, 
jakie toczyło się na wschodnich ziemiach 
naszego kraju. 


48 


* Z nielicznych pretensji, jakie zgłaszamy, to pod- 
pis pod zdjęciem Jerzego Kotermaka (s. 65), 
który był Polakiem, a nie Rusinem, ruskiego 
języka nawet nie znał. Ta historyczna postać 
jest dziś zawłaszczana prawem kaduka przez 
Ukraińców, jak wiele innych. 


POST SCRIPTUM. Na łamach "Rzeczpo- 
spolitej" z 20-21 VI '09 ukazała się recenzja 
przedmiotowej książki prof. Niciei, napisana przez 
T. Stańczyka. Dziennikarz na wstępie recenzji 
napisał n i e s t e t y, że: ... Nie będzie rzecz jasna 
żadnego muzeum Kresów, którego powstanie 
postulował na łamach "Rzeczpospolitej" pro f. Ry- 
szard Legutko. Gdyby ktoś poważnie zabrał się 
do tego projektu, zaraz odezwałyby się głosy, 
że takie muzeum uraziłoby Litwinów, Białorusi- 
nów, Ukraińców, że powinniśmy się liczyć z ich 
wrażliwością, że moglibyśmy rozgniewać Putina 
przypomnieniem tego, co Sowieci wyprawiali na 
Kresach. . . 
Cóż, to są właśnie bzdury, które doprowa- 
dzają do postępującej pewności siebie ze strony 
nacjonalistów zza wschodniego kordonu, dziś 
szczególnie na obszarze Małopolski Wschod- 
niej, zwanej przez nich "Ukrainą Zachodnią". To 
i podobne fakty podlizywania się w imię wielkiej 
polityki doprowadziło do pomysłu z rajdem imienia 
Bandery, szczęśliwie zatrzymanego w Medyce. 
O tym oczywiście piszemy osobno. 
Poza tym muzeum, czy raczej instytut na- 
u kowy, powinien się zająć bardziej historią Po- 
laków na ziemiach wschodnich od strony kultury 
i cywilizacji, bo po pierwsze - znaczenie wielu wie- 
ków obecności polskiej na tamtych obszarach jest 
systematycznie zakłamywane, po drugie - tym, co 
wyprawiali sowieci, zajmuje się raczej IPN. 


W Zbyt długo nie podejmowaliśmy omó- 
wienia doskonałej, bogatej w treści książki 
- raczej księgi - Dzieje Kresów, jaka wy- 
szła przed paru laty w Wydawnictwie Klusz- 
czyński w Krakowie. Aż dziw, że nie podano 
ani daty edycji, ani redaktora tej zbiorowej 
pracy, na którą składają się opracowania 
tematyczne szeregu autorów. Znakomite 
słowo wstępne napisał prof. Andrzej No- 
wak* (uwaga! do nazwiska tego będziemy 
wracać!), jego więc prawdopodobnie należy 
traktować jako redaktora całości. 
Dzieje Kresów to temat - jak zwykle 
w historiografii, ale tu szczególnie - niejed- 
noznaczny, składa się nań bowiem cały splot 
różnorodnych problemów geograficznych, 
etnograficzno- i religijno-narodowościowych, 
cywilizacyjnych, politycznych. W dodatku
		

/p0051.djvu

			problematyką tą współcześnie zaintereso- 
wanych jest - poprzez swoje niekiedy po- 
zanaukowe koncepcje i zależności - kilka 
środowisk historyków i polityków co najmniej 
czterech czy pięciu państw, tworzących nie- 
jako theatrum opisywanej historii. Do nich 
dochodzą, być może, mniej bezpośrednio 
zaangażowane środowiska historyczne ko- 
lejnych kilku państw (przykładem Niemcy 
czy Szwecja). 
Dla nas jednak jądrem całej problema- 
tyki kresowej - widzianej całościowo i z na- 
tury najbardziej obiektywnie - jest i musi 
być Polska. Dlatego od polskich historyków 
oczekujemy opracowań na temat Kresów 
pisanych przez p o I s k ą optykę, pozbawio- 
ną lokalnych, instrumentalnie traktowanych 
wydarzeń z przeszłości. 
Wydaje się, że omawiana książka speł- 
nia nadzieje pokładane przez nas wobec 
trudnej problematyki kresowej, stawiając 
nie na negatywy - jak to dziś robi wielu 
"poprawnych politycznie", a nie dość kom- 
petentnych autorów - lecz pozytywy (nie 
pomijając negatywów, rzecz prosta, ale nie 
gubiac proporcji). 
Książkę podzielono na trzy części: Kre- 
sy w dziejach Rzeczypospolitej, Pod obcym 
panowaniem - Kresy w XIX stuleciu oraz 
Niepodległości, podziały, totalitaryzmy - Kre- 
sy w XX w., w nich zaś mieści się w sumie 
10 rozdziałów, opracowanych przez pięciu 
autorów. Książkę zilustrowano wielką licz- 
bą reprodukcji dawnych obrazów i grafiki, 
reprodukcjami starych fotografii oraz zdję- 
ciami współczesnymi. 
W sumie książka daje nam nie tylko 
ogromną ilość wiedzy, ale i satysfakcję, 
choć znaleźliśmy miejsca, które potrak- 
towalibyśmy inaczej 
lub pełniej. 
Mankamentem 
- w naszym pojęciu 
- jest nie rozróżnianie 
przez autorów (w wie- 
lu opracowaniach - 
niedawno pisaliśmy 
o tym) - także w tej 
książce - ziem i pro- 
blematyki Kresów bli- 
skich (do których nb. 
nazwa kresy wcale 
nie przystaje), a któ- 
re z grubsza można 


określić jako Ziemie Wschodnie II RP - od 
Kresów właściwych, tzn. ziem ukra- 
innych, Białej Rusi i dalej położonych na 
wschodzie, oraz ziem północnych: Litwy, 
Kurlandii, Inflant. Odróżnienie ziem II RP 
ma pełne uzasadnienie, są to bowiem ob- 
szary, które spełniały większość z poniż- 
szych warunków: 
- albo były we wczesnym średniowieczu 
zamieszkałe przez ludność zachodnio- 
słowiańską, prapolską (Lędzian) 
- albo weszły w skład Korony w XIV w. 
i odtąd rozwijały się generalnie w opar- 
ciu o cywilizację i kulturę zachodnią, nie 
eliminując bynajmniej lokalnych kultur 
mniejszości narodowych 
- albo były zamieszkałe w większości przez 
ludność polską (doskonałym przykładem 
Wileńszczyzna i Brasławszczyzna). 
Wśród powyższych znajdowały się ob- 
szary, które w mniejszym stopniu odpowia- 
dały wymienionym warunkom, jednak przez 
kilka stuleci - dzięki swemu położeniu - 
znajdowały się w orbicie kultury polskiej** 
oraz zamykały geopolityczny kształt nasze- 
go państwa. 
Kresy dalekie żadnych z tych warunków 
nie spełniały, a w obrębie I Rzeczypospo- 
litej znalazły się na skutek wcześniejszych 
podbojów litewskich. Nie można więc wiązać 
merytorycznie Kresów bliskich i dalekich. 
Innym mankamentem jest, naszym zda- 
niem, brak w pierwszym rozdziale Średnio- 
wiecze wyjaśnienia prapoczątków relacji te- 
rytorialnych i ludnościowych we wczesnym 
(u nas) średniowieczu -IX-X wiek. Ani słowa 
o plemionach zachodniosłowiańskich, pra- 
polskich (o czym już wyżej wspomniano), ani 
słowa o najeździe Włodzimierza Wielkiego 
w 981 r. (ogólnikowe nawiązanie do tego 
faktu znalazło się przy Bolesławie Chro- 
brym). Istnieje obawa, że autorka świadomie 
- na wszelki wypadek - pominęła najnowsze 
dowody dostarczane przez specjalistów tej 
epoki (bo trudno sobie wyobrazić, by o nich 
nie słyszała). Naszym Czytelnikom przypo- 
minamy, że niepełny zapewne spis publikacji 
na ten temat zamieściliśmy w CL. 
Dzieje Kresów, to książka, którą warto 
mieć i odnawiać wiedzę w niej zawartą. 


* Prof. dr Andrzej Nowak jest profesorem UJ 
i redaktorem nacz. czasopisma "Arcana". 
"Rzeczypospolita" z 28 VIII '09 zamieściła 


49
		

/p0052.djvu

			jego świetny artykuł pt. Upomnijmy się o histo- 
ryczną prawdę, dotyczący naszych problemów 
z Rosją - sowiecką i dzisiejszą. Inny jego tekst 
omawiamy w tym numerze, w dziale Wertując 
wydawnictwa. 
** Np. Polesie. 


W Krakowskie wydaw- 
nictwo "Veritas" wyda- 
ło w 1992 r. Pamiętnik 
dziwnego człowieka, 
z podtytułem: Ze Lwowa 
do Londynu, autorstwa 
Stanisława Reychana. 
Ród Reychanów (przy- 
były do Lwowa z San- 
domierza, ale od 1798 r. 
związany ze Lwowem) to 
swoisty fenomen - pięć 
pokoleń artystów - czte- 
rech malarzy i piąty (autor) artysta ceramik. 
Według Stanisława, żaden z nich nie był 
artystą klasy międzynarodowej lub geniu- 
szem artystycznym, ale pięć generacji po 
kolei jest zjawiskiem niezwykłym. O sobie 
pisze autor: urodziłem się we Wiedniu, ale 
jestem lwowianinem, mimo że we Lwowie 
spędził niewiele lat (od 1898 do 1921 z prze- 
rwami). Przyznaje też, że do Lwowa nie ma 
ani tego przywiązania, ani tego sentymentu, 
jaki mają do tego pięknego i serdecznego 
miasta zwyczajnie lwowianie. Jest właściwie 
Europejczykiem, tak ze względu na konek- 
sje rodzinne (typowe dla Galicji i oczywiście 
Lwowa, naprawdę mieszanina całej Europy), 
jak i historię życia. 
Początkowych pięć rozdziałów Pamięt- 
nika to Lwów. Ulice Sykstuska (52) i Dą- 
browskiego (8), gdzie mieszkał. Powiąza- 
nia i historie rodzinne. Mieszkańcy. Życie 
towarzyskie, artystyczne, literackie. Plotki. 
Następne rozdziały to przeżycia w wojsku 
austriackim, na froncie włoskim, który nazy- 
wa okresem "słonecznym", po zakończeniu 
wojny krótki epizod w Krakowie już w wojsku 
polskim (i ciągłe porównywanie Krakowa ze 
Lwowem). Po śmierci ojca (1919) powrót 
do Lwowa i dwa semestry na Politechnice 
Lwowskiej, a w międzyczasie ochotniczy 
powrót do wojska, by walczyć z nawałą bol- 
szewicką. Potem Gdańsk (od 1921) i Ber- 
lin (od 1926). Kwiecień 1938 - powrót do 
Krakowa, a we wrześniu '39 ucieczka przez 
Lwów, Tatarów do Budapesztu, następnie 
do Paryża i Londynu. Praca w sztabie gen. 


50 


Kukiela, potem Klimeckiego i Kopańskiego. 
W 1949 r. po demobilizacji pozostaje w Lon- 
dynie i w wieku 52 lat zaczyna interesować 
się tworzeniem figurek ceramicznych. Koń- 
czy Central School of Arts and Crafts na 
Southampton Row i od tej pory aż do roku 
1985 "produkuje" ceramikę. Jak sam pisze, 
nie po to, by zyskać sławę, ale po to, by 
sprzedawać (czyli mieć z czego żyć). 
Jego kuzyn, a jednocześnie autor po- 
słowia i redaktor wydania Jerzy Reichan 
tak podsumowuje sylwetkę S. Reychana: 
Oprócz umiejętności plastycznego przed- 
stawiania wydarzeń... cechuje go duże po- 
czucie humoru, szczerość i samokrytycyzm: 
niczego nie koloryzuje, nie upiększa. Prawda 
jest mu droga. Widać to na każdym kroku. 
Często pojawiają się słowa "nie wiem". Nie 
kreuje się na mędrca. Nie oszczędza innych, 
nie oszczędza i siebie. (AM) 


W Dokładnie przed ro- 
kiem zamieściliśmy (CL 
4/08) wiersz Radosława 
Nawrockiego, młodego 
prawnika, zamieszkałego 
we Wrocławiu (a urodzone- 
go aż w Zgorzelcu), wywo- 
dzącego się z rodziny eks- 
patrianckiej - jak sądzimy 
-z Małopolski Wschodniej. 
O jego korzeniach świad- 
czy seria wierszy, poczy- 
nając od tytułu zbiorku: Ballady kresowe 
(Wrocław 2008), który autor nam nadesłał. 
Składa się nań 16 "pieśni", których tema- 
tem są pamiętne miejscowości, związane 
z nimi wydarzenia i walki, zabytki i pomniki, 
krajobrazy, a nadto zasłyszane lub wyczy- 
tane wspomnienia, refleksje. Miejscowości 
to Lwów z Obroną, z Targami Wschodnimi, 
z pomnikami; Żółkiew, Śniatyn, Zaleszczyki 
z mostem na Dniestrze, ale także Wilno. 
Wiersze są pisane tradycyjnie, z rytmem 
i rymami, sztuczne konstrukcje słowne zda- 
rzają się, ale u nieprofesjonalnego poety są 
do wybaczenia. Patriotyzm i ideowe zaan- 
gażowanie górują nad całym zbiorem pieśni 
Radosława Nawrockiego. 
Do druku wybraliśmy utwór, który zwraca 
uwagę staroświeckim spokojem. Zamiesz- 
czamy go na stronie Wiersze. 
Anna Madej (AM), 
Elżbieta Mokrzyska
		

/p0053.djvu

			Wertując 
wydawnictwa 


.. W "Rzeczpospolitej" z 14-16 VIII ukazało 
się obszerne omówienie życia i działalno- 
ści ks. Kard. Mariana Jaworskiego, do nie- 
dawna metropolity lwowskiego, pt. Lwowski 
kardynał. Autor K. Skowroński opisuje ko- 
leje życia Kardynała od młodzieńczych lat 
lwowskich i krakowskich, jego bliskie rela- 
cje z arcybiskupem-wygnańcem lwowskim 
Eugeniuszem Baziakiem oraz księdzem, 
biskupem i kardynałem Karolem Wojtyłą, 
a wreszcie papieżem Janem Pawłem II, 
którego był najbliższym przyjacielem. 
W artykule zestawił autor dokonania Kar- 
dynała w odbudowie Kościoła na terenie ar- 
chidiecezji lwowskiej oraz na Ukrainie - or- 
ganizację siedmiu diecezji z 12 biskupami, 
doprowadzenie do otwarcia na nowo pół 
setki parafii z prawie 300 świątyniami itd. 
Krakowski Oddział TMLiKPW złożył za 
to swoje podziękowanie i szacunek odcho- 
dzącemu Kardynałowi w Modlitwie Wiernych 
w czasie listopadowej mszy św. w Bazylice 
Mariackiej w 2007 r. 


W ww. artykule nie poruszono jednak kon- 
trowersyjnego problemu - obciążającego nie- 


E 

 
.
 Solski i Makuszyński 
.t: 

 W roku 1899 Rada Miejska powierzyła 
« dyrekcję krakowskiego teatru Kotarbińskie- 
mu, który na stanowisko reżysera powołał 
Ludwika Solskiego. Lecz Solski niedługo 
pełnił te obowiązki. Gdy Tadeusz Pawli- 
kowski objął dyrekcję teatru lwowskiego 
w roku 1900, pociągnął za sobą Solskiego, 
który przeniósł się do Lwowa również na 
stanowisko reżysera. Przy współudziale 
wybitnych artystów, jak Gostyńska, Adwen- 
towicz, Chmieliński, Feldman, Kamiński, 
Żelazowski, lwowski teatr stanął na wy- 
żynie artystycznej. 
We Lwowie żył i pisał wówczas młody 
literat Kornel Makuszyński, będący jedno- 
cześnie świetnym recenzentem teatralnym, 
i z nim Solski zawarł serdeczną przyjaźń, 


których ordynariuszy diecezjalnych oraz część 
kleru, przybywającego z RP - dotyczącego ję- 
zyka polskiego w Kościele rzymskokatolickim, 
skupiającym w zasadniczej części naszych Ro- 
daków, którzy zachowali wiarę w Boga, wiernych 
przez lata prześladowań (trwających poniekąd 
do dziś?!) jako Polacy. Te sprawy rozstrzygnie 
dopiero Historia. 


.. W "Rzeczpospolitej" z 22-24 III '09 roz- 
mowa Joanny Lichockiej (to obecnie jedna 
z najlepszych i wiarygodnych dziennikarek 
polskich) z filozofem krakowskim prof. 
Ryszardem Legutką, który jak pamięta- 
my, niedawno przedstawił ideę utworzenia 
Muzeum Kresów (patrz CL 1/09, Słowo od 
Redakcji). 
W rozmowie zatytułowanej Trzeba się 
wreszcie wkurzyć prof. Legutko mówi o świa- 


chociaż był starszy od niego o dwadzie- 
ścia kilka lat. 
Makuszyński uprawiał także poezję. On 
to na temat Solskiego napisał wierszyk, 
cieszący się w środowisku teatralnym du- 
żym powodzeniem: 


Strach pomyśleć panie Solski, 
Że co chcesz, wszystko udasz: 
Dzisiaj jesteś hetman polski, 
Wczoraj Łatka - jutro Judasz. 
Że dziś Chudogęba luby 
Chudszy jesteś od rapiera, 
Jutro, jako beczka gruby 
Będziesz sędzią u Szekspira. 


Tym bezpretensjonalnym wierszykiem 
Makuszyński zilustrował olbrzymią skalę 
scenicznego talentu Solskiego. 
(aw) "Dziennik Polski" 27 I 1951 


51
		

/p0054.djvu

			domości i postawie Polaków po kilkudzie- 
sięciu latach PRL-u i gigantycznej zmianie 
terytorialnej. 
Pozwalamy sobie przedrukować dwa 
szczególnie ciekawe dla nas fragmenty wy- 
powiedzi Profesora. 
Powszechnie przyjmowane jest założe- 
nie, że jesteśmy narodem historycznym, że 
naszym przekleństwem jest nadmierna pa- 
mięć historii. To fałsz. Tak naprawdę nasza 
historia zaczęła się w 1945 roku, kiedy na- 
stąpiło wielkie zerwanie ciągłości. Wszyst- 
ko, co działo się przedtem, to nie tylko inna 
epoka, to rzeczywistość dla nas bajkowa 
i faktycznie martwa. Bo w 1945 roku doszło 
do wielopoziomowej rewolucji. Po pierwsze 
nastąpiła gigantyczna zmiana terytorialna, 
w tym utrata Kresów, czyli naszej ojczyzny 
symbolicznej. Po drugie zapanował terror 
i masowa indoktrynacja. Po trzecie w efekcie 
wojny i terroru fizycznie wytrzebiono dużą 
część narodu i zniszczono jego strukturę. 
Po czwarte wreszcie uległa zniszczeniu nie- 
bywała ilość tego, co stanowi o ciągłości 
materialnej - domów, własności, mebli, pa- 
miątek rodzinnych, bibliotek, posesji. Gdyby 
podobne doświadczenie okaleczenia było 
udziałem pojedynczego człowieka, pewnie 
by nie przeżył. 
Nie było odbudowania Polski po znisz- 
czeniach, co miało miejsce po I wojnie. Po 
/I wojnie budowaliśmy nową Polskę. W do- 
datku budowaliśmy ją według planu, który 
świadomie zakładał, że to ma być nowy 
naród. [...] 
. .. przez ostatnie 70 lat ciągle zaczyna- 
my od początku i doświadczamy kolejnych 
eksperymentów, kataklizmów, transformacji, 
restrukturyzacji, rewolucji, i ciągle mamy być 
inni, niż jesteśmy. [...] 
Znajomość przeszłości jest u nas żadna. 
Niemcy od wielu lat dopieszczają swoich 
wypędzonych i czynią im reklamę na cały 
świat. Myśmy o naszych wypędzonych za- 
pomnieli, a młodzież nie wie nawet, że to 
już było dawno i wstyd z tym się obnosić, 
bo to takie nie nowoczesne. .. 


.. Z okazji rocznicy agresji sowieckiej na 
Polskę do "Rzeczpospolitej" z 17 IX dołą- 
czono 20-stronicowy dodatek specjalny 
pl. Nóż w plecy - 70. rocznica najazdu so- 
wietów na Polskę. Wszystkie teksty bardzo 
ciekawe i uwzględniające nasz, polski, punkt 


52 


widzenia (nie wszystkim pismom krajowym 
się to zdarza!). Uwagę zwraca rzetelny tekst 
P. Zychowicza Pożoga na Kresach - gdzie 
agresję określono jako katastrofę g e o p o I i - 
tycz n ą - oraz (w opracowaniu aka) Zbrod- 
nie ZSRR przeciwko Polsce. 
Dziękujemy Redakcji "Rzeczpospolitej" 
za to uczciwe opracowanie! 


.. Prof. Andrzej Nowak, o którym mowa 
w tym numerze przy omówieniu książki Dzie- 
je Kresów, jest autorem ciekawego artykułu 
zamieszczonego w krakowskim "Dzienniku 
Polskim" z 3 IX pl. Polski rząd stawia na 
Rosję. Mowa o publikacji ministra R. Si- 
korskiego w wydaniu GW z 29 sierpnia br. 
przed przyjazdem Putina na Westerplatte na 
uroczystości 1 września. Prof. Nowak pisze: 
... Moim zdaniem był to jeden z najważ- 
niejszych tekstów politycznych po 1989 r. 
[IJ, ponieważ szef dyplomacji RP odcina się 
w nim w sposób radykalny od kilkuwiekowej 
tradycji polskiej polityki wschodniej, którą 
w XX wieku kontynuował Józef Piłsudski, 
a po /I wojnie w sposób koncepcyjny rozwijał 
krąg paryskiej "Kultury" Jerzego Giedroycia 
i Juliusza Mieroszewskiego... 
Niepojęte dla nas jest owo zestawie- 
nie Piłsudskiego z Giedroyciem. Pierwszy 
- wielki patriota polski, o drugim i trzecim 
nawet nie mówmy. Jednak w świetle powyż- 
szej koncepcji politycznej - jak rozumieć 
czułości obserwowane w trakcie kolejnego 
przyjazdu Juszczenki do RP w pierwszej 
dekadzie września br.? 


Co prawda nie doszło do odsłaniania nowego 
pomnika Ukraińców w Sahryniu, ale za to Ukra- 
ińcy odebrali sobie kolejny budynek w Przemyślu 
- Narodny Dom. W związku z tym - jak czytamy 
w "Rzeczpospolitej" z 5-6 września - w prote- 
ście kilkanaście godzin na sali obrad głodował 
radny Zygmunt Majger. Twierdził, że chce zwró- 
cić uwagę na problem Polaków na Ukrainie. We 
Lwowie wciąż nie mogą się doprosić siedziby 
na Dom Polski. 
Co na to wszystko obecne władze polskie? 
Najlepiej obrazuje to tytuł, jaki nadał swemu ar- 
tykułowi w "Gazecie Wyborczej" (7 IX '09) znany 
nam już Marcin Wojciechowski: PiS ma problem 
z Ukrainą. No proszę, jakie to proste. 


Jeszcze jedna informacja (i pytanie): 
Juszczenko po spotkaniach w Warszawie
		

/p0055.djvu

			udał się do Przemyśla na spotkanie z Ukra- 
ińcami, bo przecież nie był w tym roku na 
"Watrze" w Zdyni, jak poprzednio, co roku! 
Pytamy: kiedy prezydent RP zechce odwie- 
dzić Polaków za jałtańskim kordonem. Czy 
nie interesują go nic a nic? 


.. Dotarł do nas bardzo interesujący - choć 
nie najświeższy - numer żydowskiego pisma 
pl. "Midrasz" (nr 7-8 2006), w większości 
poświęcony Żydom lwowskim, ich polskiej 
historii przed II wojną światową. Cykl 15 
artykułów otwiera rozmowa z Jerzym Hol- 
zerem (prowadzi ją E. Koźmińska-Frejlak) 
pl. Zmierzaliśmy ku asymilacji, a ten motyw 
przewija się przez dużą część tekstów. 
Są więc artykuły rodzinno-wspomnienio- 
we, o kulturze Żydów lwowskich i ich języku 
(a nawet nazwach ulic nadanych na swój 
użytek przez Żydów), o gminie żydowskiej 
i synagogach, o udziale Żydów w życiu za- 
wodowym i naukowym miasta, a wreszcie 
artykuły refleksyjne, związane z czasami 
międzywojennymi oraz II wojny. 
W sumie wszystkie z owych 15 tekstów 
są interesujące, a ważne to, że pozbawione 
nieżyczliwości, którą spotyka się w innych 
źródłach. Pismo otrzymuje dotację polskie- 
go Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ad- 
ministracji. 
Niestety podobnej lojalności nie zacho- 
wuje finansowane przez stronę polską pismo 
ukraińskie "Nasze Słowo". 


.. W prasie z lipca przeczytaliśmy: 
Pion śledczy rzeszowskiego IPN pro- 
wadzi śledztwo w sprawie zbrodni popeł- 
nionych w maju i sierpniu 1942 r. przez 
policjantów VII Komisariatu Policji Ukraiń- 
skiej we Lwowie. 
Zdaniem historyka Tomasza Berezy po- 
licja ukraińska oprócz zadań ściśle policyj- 
nych brała udział w obławach na Żydów oraz 
zwalczaniu polskiej partyzantki. 
A my sądzimy, że ta policja nie zajmo- 
wała się wcale "zadaniami ściśle policyjny- 
mi", lecz niemal wyłącznie zbrodniczymi 
akcjami przeciw Polakom i Żydom. 


.. Niedawno pisaliśmy o nonsensach hi- 
storycznych, znajdowanych w niektórych 
encyklopediach polskich, na temat naszych 
Ziem Wschodnich. Przykładem były Brze- 
żany, które oczywiście należały do Polski 


r. 1629 Winniki należały do Łahodowskich h. Kor- 
czak, od nich przeszły do Zamoyskich. W 1. połowie 
XVIII w. właścicielami byli Adam Piotr Tarło i jego 
żona Marianna z Potockich, a następnie Stanisław 
Władysław Potocki. W 1750 r. Winniki zakupił biskup 
sufragan lwowski Samuel Głowiński, który w 1756 r. 
uposażył nimi pijarów sprowadzonych przez siebie do 
Lwowa dla prowadzenia tam kolegium. W 1766 r. abp. 
Władysław Hieronim Sierakowski erygował parafię 
przy istniejącym już wcześniej kościele i powierzył ją 
pijarom. Po zniesieniu kolegium pijarskiego w czasie 
reformy józefińskiej w 1794 r. majątek przejęła funda- 
cja bpa Głowińskiego, która zarządzała nim jeszcze 
przy końcu XIX w. 
W okresie międzywojennym w Winnikach był 
ogród doświadczalny Wydziału Leśnego Politechniki 
Lwowskiej. 
Zabytki. Kościół pw. NP Marii, ufundowany 
w 1738 r. przez Mariannę Tarłową w związku z roz- 
wijającym się kultem obrazu Matki Boskiej, który znaj- 
dował się dotąd w kaplicy pałacowej. Budowa trwała 
czas dłuższy i obraz do kościoła przeniesiono dopiero 
w 1766 r., kiedy to erygowana została parafia winnicka. 
Kościół, uznawany za wczesne dzieło Bernarda Mere- 
tyna, ceglany, na cokole kamiennym, jednonawowy, 
z węższym od nawy krótkim prezbiterium, zamkniętym 
ścianą prostą. Sklepienie krzyżowe. Fasada jedno- 
kondygnacyjna, jednoosiowa, z wysokim szczytem. 
W 1889 r. dobudowano do niej przedsionek, który 
zastąpił wcześniejszą kruchtę. Dach dwuspadowy. 
Wnętrze z malowidłami ściennymi z 3. ćwierci 
XVIII w., przedstawiającymi iluzjonistyczne struktury 
ołtarzowe, obramiające niewielkie przedstawienia 
figuralne (św. Rodzina, św. Jan Nepomucen); na 
sklepieniu Ewangeliści oraz symbole siedmiu darów 
Ducha Świętego. Malowidła na ścianach bocznych 
zakryte zostały sprawionymi w 1795 r. ołtarzami 
bocznymi. W ołtarzu głównym znajdował się słynący 
łaskami obraz MB Winnickiej (kopia Częstochowskiej), 
malowany olejno na płótnie przed 1738 r. 
Kościół opuszczony w maju 1946 r. Obraz MB 
Winnickiej przeniesiony został wówczas do cerkwi 
gr.kat. pw. Zmartwychwstania. Naczynia liturgiczne 
i paramenty przeniesiono do kościoła parafialnego 
w Łańcucie. Parafię rzym.kat. w Winnikach reaktywo- 
wano w 1992 r. i przeprowadzono remont kościoła. 
Malowidła ścienne zachowały się w stanie mocno 
uszkodzonym przez zacieki i przekucia bruzd na 
przewody elektryczne. 


WINNIKI (dawniej WINNIKI SZLACHECKIE, dro- 
hob.). Wieś w pow. drohobyckim, wojew. lwowskim, 
położona 19 km na płn.zach. od Drohobycza. Leży na 
wys. 360 m npm, nad rzeczką Bystrzycą. Od końca 
XVIII w. należała do parafii rzym.kat. w Dublanach. 


lC) 

 
uj 
Q) 
N 
Q) 
. t:: 
Q) 
N 
C,) 
't:: 

 
-g 


53
		

/p0056.djvu

			w latach międzywojennych, ale co było 
wcześniej - nie napisano. Może jeszcze 
nie zbadano? Podobnych bzdur oczywiście 
jest więcej, burząc nasze zaufanie do takich 
zbiornic wiedzy. 
Ale okazuje się to nie tylko specjalnością 
naszych autorów i wydawców encyklopedii. 
Oto zajrzeliśmy przypadkowo do francuskie- 
go, doskonale znanego na świecie Le petit 
Larousse z r. 2003. Oto hasła Lwów i Wilno 
- po francusku i w tłumaczeniu: 


L VI V, anc. L VO\l, en al/. Lemberg, v. d 'Ukrain e, 
pres de la Pologne; 802 000 hab. Monuments 
religieux du XIII au XVIII s. - La vii/e, fondee au 
XIII s. appar. a la Pologne de 1349 a 1772 et 
de 1920 a 1939, a I'Autriche de 1772 a 1920. 
- Textile, Metal/urgie. 
Lviv, dawny Lvov, po niem. Lemberg, m. 
na Ukrainie, blisko Polski; 802 000 mieszko 
Zabytki sakralne od XIII do XVIII w. Mia- 
sto założone w XIII w. należało do Polski 
od 1349 dO 1772 i od 1920 do 1939, do 
Austrii od 1772 do 1920. Włókiennictwo, 
metalurgia. 


VILNIUS, en polon. Wilno, cap.de la Lithu- 
anie; 554 800 hab. Noyau monumental ancien; 
musees. Enlevee a la Lithuanie en 1920, la vii/e 
fit partie dela Pologne jusqu'en 1939. 


VILNIUS, po polsku Wilno, stoI. Litwy; 
554 800 mieszko Stare centrum zabytkowe; 
muzea. Oderwane od Litwy w 1920, miasto 
było częścią Polski aż do 1939. 


Proszę zwrócić uwagę, że nazwę Lwowa 
podano po ukraińsku, rosyjsku i niemiecku, 
a po polsku nie, mimo że nieco dalej napisa- 
no, zgodnie z prawdą, o wiekach przynależ- 
ności Lwowa do Polski. Gdyby ktoś sądził, 
że wersja Lvov może wynikać z francuskiej 
transkrypcji nazwy Lwów, będzie w błędzie, 
bo w tym samym słowniku podano w spo- 
sób właściwy trudną w pisowni nazwę Łódź, 
stosując polskie litery ó i ź. Czyli najdłuższą 
- kilkusetletnią - przynależność Lwowa do 
Polski uznano za mniej istotną niź 50-letnią 
okupację sowiecką (skoro jest nazwa rosyj- 
ska, a polska nie). Taka to jest ich prawda 
historyczna. 
Za to w przypadku Wilna podano nazwę 
polską, ale historię miasta przed r. 1920 
w ogóle pominięto, pojęcie Rzeczypospolitej 


54 


Obojga Narodów nie zostało wymienione. 
Przynależność do Rosji w czasach zaborów 
nie została wspomniana Uak w przypadku 
Lwowa - do Austrii, choć bez prawdziwe- 
go określenia - zabór, okupacja). W obu 
przypadkach pominięto prawie półwiekową 
okupację sowiecką. 
Zwraca uwagę daleko idąca niejednoli- 
tość i nieprecyzyjność podanych informacji 
na temat Lwowa i Wilna, także w kwestii 
starych miast, muzeów, gospodarki itp. 
Wszystko to wskazuje absolutny brak 
koncepcji, kompetencji i koordynacji w po- 
dawaniu informacji, tak samo jak we wspo- 
mnianej polskiej encyklopedii. 


.. W krakowskim "Dzienniku Polskim" prze- 
czytaliśmy notatkę pl. Lwów stawia na mło- 
dość (autor Walcz) na temat tegorocznych 
"Dni Lwowa" w Krakowie. Przedstawiono im- 
prezy, których autorzy nawiązują do korzeni 
i etniczności: w malarstwie, fotografii, mu- 
zyce. Koordynatorka zachęcała do udziału 
w imprezach i stwierdziła, że Polacy darzą 
Lwów ogromnym sentymentem. 
To niewątpliwe, ale chyba nie całkiem 
w takim ujęciu. Wypada zwrócić uwagę, że 
etniczność Lwowa to przede wszystkim 
dawny folklor miejski, a dla okolic - stroje 
ludowe z Sokolnik i innych wsi wokół mia- 
sta. Dla fotografów: najważniejsze to za- 
bytki Lwowa, jego okolic, całej tamtej ziemi 
- nie ma co ukrywać - w większości polskie. 
A jeśli góry, to nie zapomnijmy o wołoskich 
Hucułach, Bojkach, Łemkach. Nie negujemy 
niczego, jednak wszystko we właściwych 
proporcjach. 


.. Problematyka Ziem Wschodnich - 
w pozytywnym ujęciu - jest niezmiennie 
tematem zainteresowania n i e z a I e ż n ej 
części polskich czasopism. Niezawodnym 
dla nas pismem jest "Na Placówce. Niezależ- 
ne pismo podhalańskie - tylko dla mądrych 
ludzi" (słusznie!). Interesujące nas publikacje 
tego pisma często prezentujemy. 
W numerze 3/2009 znajdujemy dosko- 
nałą relację tekstowo-ilustracyjną z XV Kon- 
gresu Kresowian na Jasnej Górze (lipiec 
'09) pl. Kresowianie żądają prawdy. Mszę 
św. odprawił i kazanie wygłosił ks. Tadeusz 
Isakowicz-Zaleski. Przybyło ok. 1000 kreso- 
wian, duża grupa górali z Podhala, a także 
liczni goście z Ameryki.
		

/p0057.djvu

			Po raz pierwszy mamy w rękach mie- 
sięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" (nr 
10/2008), w którym przeczytaliśmy obszerny 
artykuł Z. Woźniczki pl. Lwów i Górny Śląsk 
- wspólna walka o Polskę w latach 1918-21 
i 1939. Na wstępie czytamy: 
Górny Śląsk i Małopolska Wschodnia 
tamtego czasu to obszary graniczne, tygle 
etniczne, narodowe i kulturowe. Powstałe 
konflikty zaostrzane były i wykorzystywane 
przez obcych. Każda ze stron miała oparcie 
z zewnątrz. Śląscy Niemcy - w Republice 
Weimarskiej, Polacy - w Polsce, natomiast 
Ukraińcy w właśnie co utworzonej Ukraiń- 
skiej Republice Ludowej. 


.. Od niezwykle nam życzliwego dr. Ada- 
ma Redzika otrzymaliśmy świeżo plik prac 
naukowych (nadbitki lub odbitki) - które 
można określić jako leopolitana - przezeń 
napisanych na różne tematy prawnicze, 
z których większość nie była nam dotąd 
znana. Warto je tu wymienić, by uzmysło- 
wić Czytelnikom niezwykłą aktywność wielu 
młodych naukowców - w tym dra Redzika 
- w badaniach i rozpowszechnianiu wie- 
dzy o polskim Lwowie, jego placówkach 
naukowych i ludziach nauki. Wszystko to 
niestety odeszło w przeszłość, tym bardziej 
więc trzeba być wdzięcznym tym, którzy 
do tego wracają, a tym samym wzbogaca- 
ją własne doświadczenia naukowe. Polski 
Lwów może więc także dzisiaj pomagać 
w rozwoju polskiej myśli naukowej - zbie- 
giem okoliczności również w niniejszym 
numerze mamy kolejny tego przykład, doty- 
czący innej dyscypliny: medycyny (w dziale 
Kultura-Nauka ). 
Od p. Redzika dostaliśmy dwa rodza- 
je materiałów: problemowe i biograficzne, 
związane z prawniczymi naukami i praktyką. 
Wśród tych pierwszych: 
- O naukach historyczno-prawnych na Uni- 
wersytecie Jana Kazimierza. Autor wyjaśnia 
(a potem szerzej omawia), że ta grupa to: prawo 
rzymskie, prawo kościelne (kanoniczne), historia 
prawa polskiego (do I wojny światowej oczywiście 
również prawo niemieckie i austriackie); ponad- 
to historia filozofii i teoria prawa. Z opracowania 
dowiadujemy się o katedrach historycznych na 
UJK (wcześniej UL) oraz o historykach prawa, 
wśród których znajdujemy najwybitniejsze na- 
zwiska polskich profesorów tej dziedziny. (Praca 
napisana na Uniwersytecie Kard. S. Wyszyńskie- 
go w Warszawie). 


Historia. Źródła poświadczają istnienie wsi już przed 
1378 r. W 1439 r. Władysław Warneńczyk zapisał Winni- 
ki wraz z innymi dobrami Piotrowi Odrowążowi ze Spro- 
wy. W 1589 r. i przez cały w. XVII należały do rodziny 
Winnickich, przy czym jeden łan gruntów wsi pozostawił 
jako własność królewską. W XVIII w. właścicielami wsi 
byli Nahujowscy h. Sas. W 1728 r. Franciszek Piotr 
Nahujowski rozpoczął budowę kościoła, zapewniając 
mu w testamencie odpowiednie uposażenie. Po jego 
śmierci dzieje kościoła były bardzo burzliwe, ponieważ 
spadkobiercy nie chcieli respektować testamentalnej 
woli zmarłego. Ostatecznie w r. 1747 abp Sierakowski 
formalnie erygował parafię i mianował proboszcza. 
Ze względu na niewielką liczbę parafian w 1794 r. 
władze austriackie dokonały kasaty parafii winnickiej, 
a teren jej przyłączono do parafii w Dublanach, gdzie 
przeniesiono także ruchomości kościelne. Kościół pw. 
Przemienienia Pańskiego został zamieniony po 1794 r. 
na cerkiew gr.kat., obecnie pw. Matki Boskiej. 
Kościół murowany, tynkowany, jednonawowy, trój- 
przęsłowy, z węższym jednoprzęsłowym prezbiterium 
zamkniętym trójbocznie. Sklepienie kolebkowe z lune- 
tami. Fasada jednoosiowa, zwieńczona schodkowym 
szczytem z kulami. Dach dwuspadowy, obecnie pokry- 
ty blachą. Stan pierwotny uległ zmianie przez doda- 
nie prostokątnej kruchty i przeróbkę szczytu fasady. 
Ogólnie świątynia zachowana w dobrym stanie. 


SPIS HASEŁ SŁOWNIKA 
ZAMIESZCZONYCH W ROCZNIKU 2009 
Barszczowice 
Białobożnica 
Borynicze 
Celejów 
Dawidów 
Iwanie 
Jabłonów 
Lwów - ulice i place Starego Miasta 
(Śródmieścia) cz. 1 
Lwów - ulice i place Starego Miasta 
(Śródmieścia) cz. 2 
Suchostaw 
Wasylkowce 
Winniki (Iwow.) 
Winniki (drohob.) 
Żurów 


CL 4/09 
CL 3/09 
CL 4/09 
CL 3/09 
CL 3/09 
CL 3/09 
CL 3/09 
CL 1/09 
CL 2/09 
CL 3/09 
CL 3/09 
CL 4/09 
CL 4/09 
CL 3/09 


SPISY HASEŁ ZAMIESZCZONYCH 
W POPRZEDNICH ROCZNIKACH 
1995-9 CL 1/97 2003 CL 4/03 
1997 CL 1/98 2004 CL 4/04 
1998 CL 1/99 2005 CL 1/06 
1999 CL 1/2000 2006 CL 4/06 
2000 CL 4/2000 2007 CL 1/08 
2001 CL 4/01 2008 CL 1/09 
2002 CL 4/02 2009 CL 4/09 


co 

 
o 

 
N 
(j) 

 
co 
.C 
co 

 


!.... 
"'O 
co 
ro 

 
o 
o 
co 
!.... 
Q. 
o 

 
+-' 
(j) 

 

 


55
		

/p0058.djvu

			- Nauka prawa konstytucyjnego w drugiej 
Rzeczypospolitej, ze szczególnym uwzględ- 
nieniem roli ośrodka lwowskiego. Autor odnosi 
się tu do materiałów, będących pokłosiem zjazdu 
naukowego z powyższego zakresu w r. 2005, 
zwracając uwagę na szereg błędów i nieścisłości. 
Warto przytoczyć kilka zdań: 
. . .przypomnijmy, że był to najważniejszy ośro- 
dek prawniczy w Polsce międzywojennej (sic!). 
To uczeni lwowscy byli autorami projektów naj- 
ważniejszych kodyfikacji /I RP Znakomity kodeks 
karny z 1932 r. to przede wszystkim dzieło prof. 
Juliusza Makarewicza, podobnie jak kodeks zobo- 
wiązań z 1933 r. to dzieło Ernesta Tilla i Romana 
Longchamps de Berier. Z kolei w powstaniu pro- 
jektu kodeksu handlowego miał ogromny udział 
prof. Aleksander Doliński z UJK. Ponadto na 
Wydziale Prawa UJK zostało utworzone z inicja- 
tywy prof. L. Ehrlicha pierwsze i jedyne w Polsce 
Studium Dyplomatyczne UJK, którego absolwenci 
otrzymywali stopień magistra nauk dyplomatycz- 
nych, a kilka lat póżniej z inicjatywy prof. T. Bigo 
również pierwszy w Polsce kurs Prawa Lotniczego 
UJK. Oprócz wymienionych tworzyli tu w okresie 
międzywojennym tacy luminarze nauki polskiej 
jak np. Oswald Balzer, Leon Piniński, Przemy- 
sław Dąbkowski, Maurycy Allerhand, Kazimierz 
Przybyłowski, Władysław Abraham, Stanisław 
Grabski i Stanisław Głąbiński. 
Takich uwag jest w przedmiotowym artykule 
sporo. Został on wydrukowany w całości w Acta 
Universitatis Wratislaviensis, 2009. 
- Artykuł w jęz. niemieckim, którego tytuł 
w przekładzie brzmi: Lwów jako miejsce pamięci 
Polaków. Refleksje o Lwowie w polskiej świa- 
domości, a będący referatem wygłoszonym na 
Międzynarodowej Sesji Europejskiej Sieci Pamię- 
ci i Solidarności w Warszawie, 2008. Na wstępie 
autor zacytował (po polsku i niemiecku) wierszyk 
T. Boya-Żeleńskiego: 


Kraków, Warszawa i nasz Lwów prastary, 
Ten beniaminek wszystkich polskich serc, 
Naszego ducha wszak to trzy filary, 
Naszej kultury tyleż dzielnych twierdz. 


Druga grupa materiałów obejmuje: 
- Aleksander Doliński (1866-1930). Pro- 
fesor prawa handlowego Uniwersytetu Jana 
Kazimierza we Lwowie. Urodził się w pow. trem- 
bowelskim, uczęszczał do gimnazjów w Bucza- 
czu i Tarnopolu, a studiował na Wydziale Pra- 
wa Uniwersytetu Lwowskiego, wiążąc się z nim 
później - jako komercjalista - na wszystkie lata 
życia. Wykładał różne przedmioty, a w 1904 r. 
został profesorem prawa handlowego i wekslo- 
wego. Jego zainteresowania dotyczyły również 


56 


prawa cywilnego, prywatnego, spółdzielczego, 
hipotecznego. 
- Ludwik Dworzak (1900-19401) - najbliż- 
szy uczeń prof. Juliusza Makarewicza. Przy- 
pomnijmy, że Makarewicz, prof. Uniwersytetu 
Lwowskiego, był twórcą polskiego prawa karne- 
go. Dworzak urodził się w Skolem, uczęszczał do 
III Gimnazjum we Lwowie. W 1917 r. wstąpił do 
Legionów Polskich, walczył pod dowództwem gen. 
Hallera. Od 1918 r. służył w oddziałach Ochot- 
niczej Obrony Lwowa. W czasie wojny polsko- 
-bolszewickiej w 1920 r. służył w artylerii polowej 
- podkreślano jego zaangażowanie i poczucie 
żołnierskiego obowiązku. Już w czasie służby 
wojskowej w 1918 r. zdał maturę i rozpoczął stu- 
dia prawnicze na UJK. W 1922 r. został doktorem 
praw i już wtedy związał się z katedrą prof. Ma- 
karewicza. W r. 1931 uzyskał habilitację, w 1938 
został profesorem. Równocześnie pracował jako 
sędzia, w 1935 r. został już sędzią Sądu Ape- 
lacyjnego we Lwowie. Spodziewano się, iż bę- 
dzie następcą prof. Makarewicza, jednak wybuch 
II wojny okazał się dlań szczególnie tragiczny. 
Aresztowany przez sowietów, zginął w niezna- 
nych okolicznościach około 1940 roku. 
- Biogram Wincentego Ignacego Stysia 
(1903-60), opracowany dla PSB (zeszyt 185). 
W. Styś, urodzony w pow. łańcuckim, studiował 
na Wydziale Prawa UJK. Habilitował się w r. 1936, 
poświęcając się badaniom społeczno-gospodar- 
czym i był uważany za współtwórcę lwowskiej 
szkoły badań w tym zakresie. Równocześnie był 
działaczem i członkiem licznych organizacji na 
rzecz podniesienia poziomu gospodarczego i kul- 
turalnego polskiej wsi. Jedną z tych organizacji 
- co dla nas szczególnie ciekawe - było Zjed- 
noczenie Polaków Ziemi Czerwieńskiej, założone 
przez S. Grabskiego, F. Bujaka, J. Makarewicza 
i E. Romera. Po zajęciu Lwowa przez sowietów 
prowadził (po aresztowaniu Grabskiego) wykłady 
z ekonomii politycznej, jednak szybko usunięty 
z uniwersytetu. Pracował na różnych posadach 
w Obroszynie i Chodorowie, ale równocześnie 
wykładał na tajnym uniwersytecie we Lwowie. 
Lwów opuścił w r. 1943. Po wojnie był profeso- 
rem Uniwersytetu i WSE we Wrocławiu. 
- Antoni Peretiatkowicz jako profesor Uni- 
wersytetu Lwowskiego (1918-1919). Pochodził 
z Wołynia (ur. 1884), studiował na Uniwersytecie 
Warszawskim, potem we Lwowie (1905-07). Tu 
został profesorem, jednak po przerwie związanej 
z wojną polsko-ukraińską, zdecydował się Lwów 
opuścić i związał się z Poznaniem. 
- Longchamps de Berier - zarys dziejów 
rodu. Obszerne i ciekawe to opracowanie zostało 
napisane dla Studiów z dziejów Lwowa, wydawa- 
nych przez Akademię Pedagogiczną w Krakowie
		

/p0059.djvu

			i zamieszczone w tomie V: Ludzie Lwowa. Na na- 
szych łamach było omawiane przed kilku laty. 


Trzeba na koniec dodać, że dr Redzik 
nadesłał nam również: 


- kolejny numer "Palestry" (3-4/2009), w któ- 
rym opublikował obszerny artykuł pt. Głos Prawa, 
Palestry czy adwokata Anzelma Lutwaka? Cho- 
dzi tu o lwowskiego adwokata, urodzonego w Ko- 
łomyi w r. 1877 (zginął we Lwowie ok. 1942 r.), 
wykształconego na UJ w Krakowie. Pierwotnie 
aktywny syjonista, z czasem poddał się asymilacji. 
Po studiach wrócił do Lwowa i tu jako adwokat 
podjął wydawanie czasopisma prawniczego. Naj- 
pierw, za czasów austriackich, była to "Palestra", 
po I wojnie "Głos Prawa". 


Panu doktorowi Adamowi Redzikowi 
dziękujemy za tyle nowych wiadomości. 
Opracowania biograficzne włączamy oczywi- 
ście do Archiwum Wschodnich Małopolan. 


.. W krakowskim "Dzienniku Polskim" z 19 
IX '09 ukazały się dwa wspomnienia daw- 
nych wschodniomałopolskich Polek, nade- 
słane na ogłoszony w tej gazecie konkurs 
na wspomnienia z dni wybuchu II wojny 
światowej. Pierwsze z nich napisała Ste- 
fania Kowicka ze wsi Rokitno, położonej 
na Roztoczu, 15 km od Lwowa (nagroda 
II stopnia); drugie spisała Salomea Palich 
z wsi Dobrowody w pow. zbaraskim (na- 
groda I stopnia). 


£ IScrry 
(])O (j{C£(]).J!1CCJI 


II 


Bardzo ważny list nadszedł z Gliwic, z datą 
30 VI 2009: 


dot. lwowskiego obrazu Matki Boskiej Łaskawej 


Gorąco popieramy propozycję (CL 1/2009) 
dr. T. Kukiza w sprawie umieszczenia obrazu Matki 
Boskiej Łaskawej z katedry lwowskiej w budującej 
się w Warszawie Świątyni Opatrzności Bożej. Pro- 
pozycję uważamy za całkowicie uzasadnioną. 
Jak wynika z historii obrazu (CL 2/2009, str. 
2-11), ustanowienie przez Stolicę Apostolską 
święta Królowej Korony Polskiej na dzień 3 maja 
w rocznicę Konstytucji z 1791 r. wiąże się ściśle 
ze złożonymi w 1656 r. w katedrze lwowskiej 
ślubami króla Jana Kazimierza właśnie przed 
tym obrazem i obraniem Matki Boskiej Królową 
Korony Polskiej. 
Równocześnie zwracamy się do Redakcji 
z prośbą o zainicjowanie wystąpienia w tej spra- 
wie Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów 
Południowo-Wschodnich, reprezentującego Kre- 
sowiaków, do ks. abpa Kazimierza Nycza, który 
powołał Świątynię łącznie z Centrum Opatrzności 
Bożej w Warszawie - dla spełnienia zobowiązań 
Sejmu Czteroletniego i jako wotum wdzięczności 
narodu polskiego za odzyskaną wolność i uzy- 
skane łaski. 
Z poważaniem, lwowianki: Maria Mokrzyc- 
ka, Ludwika Bulczyńska, Anna Wnukowa 


Gorąco Paniom dziękujemy za ten list, 
prosząc zarazem Czytelników, ich Rodziny 
i Znajomych o podobne, lecz adresowane 
wprost do Zarządu Głównego Towarzystwa 
Miłośników Lwowa i Kresów PW Tak będzie 
stosowniej, ponieważ to Zarząd Główny re- 
prezentuje wszystkich Lwowian w Rp, a nie 
jeden z kilkudziesięciu oddziałów. Redakcja 
nasza prześle oczywiście do ZG listy już 
otrzymane. 
Zwracamy uwagę, że adresatem zasad- 
niczego wystąpienia w przedmiotowej spra- 
wie powinien być jednak ks. abp Mieczysław 
Mokrzycki, ponieważ to Kościół Lwowski jest 
właścicielem Cudownego Obrazu MB Łaska- 
wej, przechowywanego w Krakowie. 


Pisze P. Wacław Gaberle: 


W uzupełnieniu informacji dotyczących Łucji 
Charewiczowej, zawartych w artykule T. Krzy- 
żewskiego Miłośnictwo Lwowa i jego powojenni 
historiografowie 1938-1978 w CL 4/08 (przedruk 
w Leopolis ubique praesens, cz. III) należy dodać, 
że w 2001 r. ukazała się nakładem WSP w Często- 
chowie książka Jadwigi Suchmiel pt. Łucja Chare- 
wiczowa 1897-1943. Życie i dzieło. Ta wzorowa 
pod względem edytorskim rozprawa zawiera m.in. 
przegląd prac poświęconych Ł. Charewiczowej 
oraz zarys bibliografii jej twórczości. 


Dziękujemy. 
Przy okazji zauważamy jeszcze raz, że 
w Częstochowie powstaje sporo leopolita- 
nów. Podobnie w Kielcach. 


57
		

/p0060.djvu

			List od p. Andrzeja Pawłowskiego 
w sprawie kolaboranta: 


W związku z artykułem ks. Tadeusza Isako- 
wicza-Zaleskiego (CL 1/09) pt. Honory dla ko- 
laboranta, pragnę przypomnieć znamienny fakt 
z działalności arcybiskupa greckokokatolickiego 
Andrzeja Szeptyckiego. Otóż niedzielny dodatek 
ilustrowany wychodzącej w czasie okupacji gadzi- 
nówki warszawskiej - prawdopodobnie w 1941 r. 
- prezentował fotografię, na której Szeptycki witał 
we Lwowie chlebem i solą gubernatora Hansa 
Franka. Trzeba sobie uzmysłowić, że nastąpiło to 
po zamordowaniu polskich profesorów i naukow- 


ców wyższych uczelni lwowskich 4 lipca 1941 r. 
na Wzgórzach Wuleckich, po słynnej i złowrogiej 
Sonderaktion Krakau (aresztowanie profesorów 
UJ, AG i innych uczelni krakowskich, 6 XI 1939, 
po założeniu w 1940 r. obozu koncentracyjnego 
w Oświęcimiu, po masowych mordach Polaków, 
m.in. w Palmirach w 1940 r. 
Arcybiskup Szeptycki musiał o tych zbrod- 
niach wiedzieć, ale to nie przeszkodziło mu w ge- 
ście uroczystego powitania i szacunku dla najwyż- 
szego funkcjonariusza zbrodniczego okupanta. 
Frank, jak pamiętamy, został skazany w proce- 
sie norymberskim na karę śmierci za zbrodnie 
ludobójstwa. 



 1 Mieczysław Orłowicz, Moje wspomnienia tu- 
I.....: rystyczne, Wrocław - Warszawa - Kraków, 
Ci) Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1970, 

 s. 575; Tomasz Kunzek, Dziesięciolecie ist- 

 nienia i działalności Podolskiego Towarzystwa 

 Turystyczno-Krajoznawczego 1925-1935, na- 

 kładem PTTK w Tarnopolu, s. 5 
O> 2 Tamże, s. 6 
.
 3 Statut Podolskiego Towarzystwa Turystyczno- 
I -Krajoznawczego z 18 marca 1930 r., s. 4, 5 

 4 Tamże 
.C/) 5 Tomasz Kunzek, Dziesięciolecie istnienia 
e- 

 i działalności PTTK 1925-1935, s. 10 
Q. 6 Akta Podolskiego Towarzystwa Turystyczno- 
-Krajoznawczego. Sprawozdanie Wydziału Wo- 
jewódzkiego Towarzystwa Turystyczno-Krajo- 
znawczego z działalności za czas od dnia 31 
marca 1928 do 1 marca 1930 [w:] Centralne 
Archiwum Turystyki Górskiej, sygn. 4.01.12 
7 Tamże, s. 2 
8 Akta Podolskiego Towarzystwa Turystyczno- 
-Krajoznawczego. Sprawozdanie Wydziału 
Wojewódzkiego Towarzystwa Turystyczno- 
-Krajoznawczego z działalności za czas od 
dnia 31 marca 1928 do 1 marca 1930 [w:] 
CATG, sygn. 4.01.12, s. 6 
9 Tomasz Kunzek, Dziesięciolecie istnienia 
i działalności PTTK 1925-1935, s. 16 
10 Tamże, ss. 10-11 
11 Tamże 
12 Tamże, s.10 
13 Tomasz Kunzek Nasze Podole. Opis krajo- 
znawczo-turystyczny województwa tarnopol- 
skiego, PTTK Tarnopol 1930, ss. 20-21 
14 Tomasz Kunzek, Dziesięciolecie istnienia 
i działalności PTTK 1925-1935, s. 18 
15 Tomasz Kunzek, Dziesięciolecie istnienia 
i działalności PTTK 1925-1935, s. 33 
16 Sprawozdanie Wydziału Podolskiego Towa- 
rzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Tar- 
nopolu z działalności za okres od dnia 1 maja 
1931 do dnia 31 marca 1934 roku, Centralna 
Biblioteka PTTK, sygn. 1-14 277, s. 7 i 17 


58 


17 Sprawozdanie Wydziału Podolskiego Towarzy- 
stwa Turystyczno-Krajoznawczego w Tarnopo- 
lu z działalności za okres od dnia 1 maja 1931 
do dnia 31 marca 1934 roku. s. 17, Centralna 
Biblioteka PTTK, sygn. 1-14 277, ss. 9-14 
18 Sprawozdanie Wydziału Podolskiego Towarzy- 
stwa Turystyczno-Krajoznawczego w Tarnopo- 
lu z działalności za okres od dnia 1 maja 1931 
do dnia 31 marca 1934 roku, s. 17, Centralna 
Biblioteka PTTK, sygn. I 14 277, s. 33 
19 Tomasz Kunzek, Dziesięciolecie istnienia 
i działalności PTTK 1925-1935, s. 33 
20 Tomasz Kunzek, Ziemia Podolska, Opis kra- 
joznawczo-turystyczny województwa tarno- 
polskiego. Sekcja Popierania Turystyki PTTK 
w Tarnopolu 1935, ss. 43-48 
21 Henryk Śląski, Zbaraź w przeszłości i teraź- 
niejszości, Oddział Zbaraski PTTK, Tarnopol 
1934, ss. 55-67 
22 "Turysta w Polsce", Rok II nr 11, listopad 
1936 
23 "Turysta w Polsce", Rok II nr 1-2, styczeń-luty 
1936 
24 Tamże 
25 "Znicz Podola", Rok I nr 4, kwiecień 1936, ss. 
61-62 
26 "Turysta w Polsce", Rok II nr 10, październik 
1936 
27 "Znicz Podola" nr 6 (16), czerwiec 1937, ilu- 
strowany Organ Oficjalny Podolskiego Towa- 
rzystwa Turystyczno-Krajoznawczego 
28 Sprawozdanie Wydziału Centralnego Podol- 
skiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznaw- 
czego z działalności za czas od 1 października 
1937 do 30 kwietnia 1939, ss. 8-10 
29 Sprawozdanie Wydziału Centralnego Podol- 
skiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznaw- 
czego z działalności za czas od 1 października 
1937 do 30 kwietnia 1939, s. 15 
30 Sprawozdanie Wydziału Centralnego Podol- 
skiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznaw- 
czego z działalności za czas od 1 października 
1937 do 30 kwietnia 1939, s. 21
		

/p0061.djvu

			g Piosenka 

 
.- 
.t: W Kalendarzyku Kieszonkowym na rok 1933, wydanym przez słynną Artystyczną Knaj- 

 pę M.L. Atlasa (Rynek 45), znaleźliśmy taką oto piosenkę Henryka Zbierzchowskiego, 
« z muzyką R. Stolza: 


Są tam jeszcze słowa do innej piosenki Zbierzchowskiego, niestety bez nut: 


W atlasowej budzie 


Jedzą, piją, lulki palą 
W starej budzie u Atlasa - 
Mało knajpy nie rozwalą, 
Cyganeria lwowska hasa. 
Nikt nie karmi się potrawką, 
Nikt się nie objada gąską. 
Wódka tutaj jest przystawką, 
Piwo tutaj jest przekąską. 


Same dobrze znane twarze, 
Które wciąż pragnienie nęka, 
Ale czasem przy gitarze 
Piękna rodzi się piosenka. 
Ta piosenka, choć szelmowska, 
Niechaj wam do serca trafi, 
Bo jest taka czysto lwowska, 
Bowiem z naszej jest parafii. 


59
		

/p0062.djvu

			Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia 
2009 roku - siedemdziesiąt lat temu obcho- 
dziliśmy je po raz pierwszy w zniewolonym 
Lwowie, Stanisławowie, Tarnopolu, Stryju, 
Za leszczyka ch ... 
Z okazji tych Świąt i zbliżającego się roku 
2010 życzymy naszym Czytelnikom, Dobro- 
dziejom, Autorom i Współpracownikom oraz 
Rodakom zza kordonu i Przyjaciołom, aby za- 
wsze trwali w dobrym bycie i nadziei. 


Na tę okazję drukujemy serdeczny wiersz, 
a mamy po temu jeszcze drugi powód: jego au- 
tor, wspaniały i niezapomniany kresowy działacz 
Janusz Ragankiewicz, odszedł właśnie do Pana. 
Jego marzenie się spełnia: na pewno tam, z Nieba 
patrzy na Lwów, na całą naszą wschodniomało- 
polską Ziemię. Na miasta i wioski, na pola, lasy, 
góry, rzeki, na to wszystko, co ukochał. 


Jot-er 
Wigilijny wieczór 


W ten niepowtarzalny, jedyny w roku 
wigilijny wieczór, wspomnieniami 
cofam się do moich lat dziecięcych 
i przeżywam wigilie te przed latami 
-tam, we Lwowie... 
Jakże odmienna od codzienności sceneria, 
zawsze gruba kołderka puszystego śniegu, 
czarne niebo z milionem gwiazd, mrozik 
i świętowanie narodzin Jezusa małego 
-tam, we Lwowie... 
Aromat wypiekanych ciast świątecznych, 
zapach świerku stojącego w pokoju od rana, 
ubranego w łańcuchy, bombki, świecidełka, 
stół z białym obrusem, pod nim garstka siana 
-tam, we Lwowie... 
Na niebie już błyszczy pierwsza gwiazdka, 
dzielenie się opłatkiem, wzajemne życzenia, 
dwanaście tradycyjnych potraw na stole, 
przy blasku świeczek na choince, kolęd pienia, 
-tam, we Lwowie... 
Świąteczna atmosfera, ciepło rodzinnego domu, 
zgoda, spokój, uśmiechy domowników, 
za oknem jakaś szopka świeczką oświetlona 
i dziecięce śpiewy wędrownych kolędników 
-tam, we Lwowie... 
Po latach, podobna jak wtedy sceneria, 
teraz dokoła mnie inne bliskich twarze, 
ich życzenia, rozmowy, radość i kolędowanie, 
jestem pośród nich szczęśliwy, a jednak marzę, 
aby być tam, we Lwowie! 


Leszno, grudzień '05 


LUDZIE W "CRACOVIA-LEO POLIS" ROCZNIK 2009 
Poprzednie listy zamieszczono w numerach: 4/98, 1/2000,4/2000,4/01, 1/03, 1/04,4,04,4/05, 1/07,4/07,4/08. 


Axentowicz Teodor 
Derunow Władysław, ks. 
Ernst Jan 
Fornelski Andrzej 
Hodyr Janusz 
Jóźków Franciszek 
Jóźków Tadeusz 
Kaltenbergh Lew 
Kapłon Jerzy 
Kosiba Krystyna 
Kozioł Stanisław 
Król Bronisław 
Król Jan 
Lerski Jerzy 
Listwoń-Balicka Krystyna 
Magiera Jadwiga 


1/09 
3/09 
2/09 
1/09 
3/09 
4/09 
4/09 
1/09 
4/09 
4/09 
1/09 
4/09 
1/09 
3/09 
4/09 
1/09 


Malik Zenon 
Niewiński Jan 
Nowosad Stanisława 
Pautsch Fryderyk 
Pawłowicz Weronika 
Poliszczuk Wiktor 
Romańczyk Jan 
Rumel Zygmunt Jan 
Scott Malcolm 
Sichulski Kazimierz 
Skowroński Stanisław Bronisław 
Srokowski Stanisław 
Wars Henryk 
Wołosiecka Al-Koni Alina 
Wnukowa Anna 
Zahradnik Jan 


1/09 
1/09 
1/09 
3/09 
4/09 
3/09 
1/09 
3/09 
3/09 
2,3/09 
3/09 
4/09 
1/09 
3/09 
2/09 
2/09
		

/p0063.djvu

			INFORMACJA BIBLIOTECZNA 


Osoby zainteresowane bibliografią polskich książek - w tym oczywiście dotyczą- 
cych Lwowa i Małopolski Wschodniej - wydanych za granicą od początku II wojny 
światowej informujemy, że w szeregu bibliotek krajowych znajdują się tomy (dotąd 7) 
wydawnictwa Biblioteki Polskiej przy Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym (POSK) 
w Londynie pod angielskim tytułem: BIBLIOGRAPHY OF BOOKS IN POLISH OR 
RELATING TO POLAND, a w tłumaczeniu: Bibliografia druków polskich i Polski do- 
tyczących, wydanych poza Polską po 1 września 1939 r. 
Tomy obejmują lata: 1- 1939-1951, II - 1952-1957, III - 1958-1963, IV - 1964- 
-1967, V - 1968-1971, VI - 1972-1976, VII - 1977-1982. Dalsze tomy są w opra- 
cowaniu. Hasła w ramach każdego tomu ułożone są alfabetycznie. 
W Krakowie Bibliografia dostępna jest m.in. w Bibliotece PAU i PAN przy ul. Sław- 
kowskiej 17. Sygnatura: 67965, na pewno również w Bibliotece Jagiellońskiej. 


Niniejszy numer CRACOVIA-LEOPOLIS został wydany przy pomocy finansowej 
Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Miasta Krakowa. 
Redakcja składa serdeczne podziękowanie w imieniu Czytelników, Autorów i własnym 


Czasopismo Oddziału Krakowskiego 
Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich 


Redaguje zespół: Andrzej Chlipalski (redaktor naczelny), Janusz M. Paluch, Krystyna Stafińska. 
Rada Redakcyjna: Andrzej Chlipalski, Ireneusz Kasprzysiak, Barbara Kościk, Romana Machowska, 
Anna Madej, Janusz M. Paluch, Krystyna Stafińska, Barbara Szumska, Maria Taszycka, 
Danuta Trylska-Siekańska, Marta Walczewska 
Strona internetowa CL: www.cracovia-Ieopolis.pl 
Adres redakcji: Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich 
31-111 Kraków, ul. Piłsudskiego 27, e-mail: info@cracovia-Ieopolis.pl 
Informacje o kwartalnikach CL: Romana Machowska, tel. (12) 6371321 


Skład i łamanie: FALL, Kraków, tel. (12) 4133500, 2941528, e-mail: fall@fall.pl 
Druk: Drukarnia Pijarów, 31-465 Kraków, ul. Dzielskiego 1, tel. (12) 413 76 51 
Nakład 750 egz. 


Redakcja zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych materiałów, a także wprowadzania 
śródtytułów. Artykułów niezamówionych redakcja nie zwraca. 
Copyright by Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, Oddział w Krakowie
		

/p0064.djvu

			Spis treści 


36 


Słowo od redakcji 
TAK WIELE DZIEJE SIĘ WOKÓł 
Cytaty 
MIASTO JAK BRYLANT (8 


37 


39 


Józef Klink 
PRZYSIĘGA NA PODLWOWSK 


40 


Jadwiga Czechowiczówna 
MOŻNA ZA LWÓW UMRZ 


y 


41 


Tadeusz Zajączkowski 
DZIECI LWOWSKIE 


41 


Historia 
Augustyna Moroz 
CZORTKÓW, ROK 1941 
Weronika Pawłowicz 
WIERNI BOGU I OJCZYŹNIE 
Dariusz Jania 
TWI ERDZA RZECZYPOSPOLITEJ (2) 


e i dalej 
LECIE POD WAWELEM 42 
43 


12 


8 
Słownik geograficzno- 
-historyczny 
BARSZCZOWICE . BORYNICZE. DAWIDÓW 
. WINNIKI (Iwow.) . WINNIKI (drohob.) 43 


Rozmowy 
Janusz M. Paluch 
ROZMOWA ZE STANI 


. Nauka 
Iski 
J MEDYCYNIE 


44 
45 


Archiwum 
MODLITWA CHOCIMSKA 


Krystyna Listwoń-Balicka 
TARNOPOLANKA PRZYPOMINA 
LIST I ODPOWI EDŹ 


46 


51 


51 


57 


Przeczytane 
KTO NAM DORADZA 


59 
59 


Jerzy Kapłon 
PODOLSKIE TOWARZYSTWO 
TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZE 


ZI E W CRACOVIA-LEOPOLIS 


60 
60